Skąd się wzięli Słowianie

wiara-przyrodzona


 

„Choć opanowali rozległe przestrzenie wschodniej Europy, ich ekspansja pełna jest zagadek. Ludy słowiańskie zajmują większą przestrzeń na Ziemi niż w dziejach. To zdanie wygłoszone kiedyś przez Johanna Gottfrieda von Herdera, twórcę niemieckiej filozofii historycznej, uważanego za ojca slawistyki, do dziś budzi wątpliwości.

Czy należy je uznać za opis stanu wiedzy na temat historii Słowian, czy może jest ono faktem, z którym trudno nam, Słowianom, się pogodzić? A może stworzyliśmy po prostu swoista antyhistorie: niewytwarzania, niedziania się, nudy, bierności i stagnacji, która miała jednak doprowadzić do tego, że jesteśmy najliczniejszą w Europie grupa językową? Do dziś nie wiadomo właściwie, jakim sposobem.

Nie jesteśmy ludem takim jak Baskowie, którzy niemalże od czasów prehistorycznych mieszkają w jednym miejscu i są w stanie badać własną historię, sięgając w głąb tysiącleci. Nie stworzyliśmy imperium o spisanych dziejach, które wychowało wybitnych filozofów, charyzmatycznych władców i wizjonerów decydujących o losach świata, zostawiających po sobie świątynie i miasta, kodeksy, dzieła sztuki i szlaki handlowe.


Źródło artykułu




 

Słowianie przez historie maszerowali w łapciach z łyka albo kory. Został po nich co najwyżej garnek pozbawiony ozdób, niezdarnie ulepiony w rękach, bo nie używali nawet koła garncarskiego. Do bitwy szli, zakasując portki, żeby nie przeszkadzały im w biegu i walce. Ale w tych lnianych gaciach dotarli na tereny dzisiejszej Syrii, na Peloponez, a najprawdopodobniej także do Islandii; stanęli pod Konstantynopolem, stolicą połowy ówczesnego świata. Sukces niepiśmiennych Słowian, lub może tylko ich języka, był przeciwieństwem sukcesu jasnej, logicznej łaciny, języka imperium, który zrodził poezje nie tylko subtelne i piękne, ale również mierzone stopami rytmicznymi, podczas gdy najstarszym pisanym zabytkiem słowiańskim jest słowo „strawa”. To jednak strawa częściej pojawia się dziś na europejskich stołach niż ambrozje i delikatesy.

Znany historyk Norman Davies porównał uprawianie historii do sztuki. Mówił, że historyk powinien być po trosze artystą, żeby móc w sposób twórczy poruszać się wsród, strzepów informacji i zapisków butwiejących w archiwach. Tymczasem dzieje Słowian nakreślili przed laty rzemieślnicy traktujący archeologie, źródła pisane i językoznawcze niezwykle instrumentalnie. Ludzie od lat okopani w dwóch wrogich obozach, toczący ze sobą bitwy, za nic mający rzesze, które przymuszone obowiązkiem szkolnym znosić muszą katusze nudy na lekcjach historii.

Pierwszy z wrogich obozów to tzw. autochtonisci, którzy twierdza, ze Słowianie z dziada, a nawet pradziada z prababą mieszkali miedzy Odra i Wisła i stąd wyruszyli na podbój Europy. Drudzy to allochtonisci – ich zdaniem Słowianie pochodzą, mówiąc ogólnie, zza naszej wschodniej granicy, z dorzecza Dniepru, skąd przyszli i zaludnili środkowa Europe i Bałkany. Spory jednych z drugimi, skupione głównie na wytykaniu błędów stronie przeciwnej, do dyskusji na temat dawnych Słowian nie wnoszą nic ciekawego ani nowego, w ogóle nie mogą dojść do zgody (…) jako że każdy myśli co innego i żaden nie chce ustąpić drugiemu – jak pisał o plemionach słowiańskich na przełomie VI i VII w. nieznany historyk nazwany Pseudo Maurycym. Zostawmy więc ciosanie kolejnych prakolebek i spory o nazwy rzek, znad których wyłowiło naszych przodków światło historii, a zajmijmy się historią, o jakiej mówi Davies – sztuką opartą na faktach. Owych faktów nie jest zbyt wiele, a w ich wątłym świetle dzieje Słowian jawią się jako mgliste, niekonkretne, niczym słowiańska dusza. Kolejne teorie o pochodzeniu naszych dziadów uchodzą za niepodważalne prawdy tylko do czasu, gdy pojawiają się prawdy jeszcze prawdziwsze lub takie, których wyznawcy po prostu głośniej krzyczą.

Spisane tu rozważania na pewno nie przyniosą jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: Jak to się stało, że zarówno płowy Białorusin ze szklanką samogonu, jak i śniady Czarnogórzec wychylający flaszkę domowego winka przy odrobinie dobrej woli mogą wznieść tak samo brzmiący toast. Może zresztą same pytania będą ciekawsze niż szukanie na nie odpowiedzi? Tak czy inaczej, czas zacząć naszą opowieść, np. tak: było nie było, czy się zdarzyło…?

Ojciec historii, Herodot, pisał wprawdzie o Neurach (często uważanych za Słowian), że raz do roku zamieniają się w wilki, ale co robili, kiedy nie byli wilkami? W dziełach historyków starożytnych Słowianie pojawili się dopiero w połowie VI w. Co było wcześniej – skąd przyszli, dlaczego do tego czasu nie byli zauważani – nie wiadomo. A przecież nie mogli w ogóle nie istnieć! Dziś uważamy, że byli Sklawinami i Antami, którzy mówili jednym językiem, niesłychanie barbarzyńskim i te same mieli, krótko mówiąc, urządzenie i obyczaje jedni i drudzy ci północni barbarzyńcy, co uznajemy za niezbity dowód na to, że jedni i drudzy byli Słowianami właśnie, choć żaden z autorów tego explicite nie napisał. Już w XIX w. historycy doszli zresztą do wniosku, że nie bardzo mogą ufać swoim starożytnym poprzednikom, bo ci nie dość, że posługiwali się mapami podróżnymi, które niewiele miały wspólnego z rzeczywistą geografią, to jeszcze bezgranicznie ufali swoim informatorom, a (skąpą) wiedzę śmiało uzupełniali wyobraźnią. Jeden z głównych, żeby nie powiedzieć kultowych, autorów tekstów na temat Słowian, niejaki Jordanes, sądził, że Wisła płynie z zachodu na wschód, a jego „relacja słowiańska” jest kompilacją źródeł, jakie udało mu się przeczytać przy biurku, gdzie opracowywał historię Gotów, o Słowianach jedynie wspominając. Inny antyczny „znawca” – historyk, który z równą pasją oddawał się pisaniu panegiryków co i paszkwili na tego samego władcę – o Słowianach wiedział jedynie, że czczą boga twórcę błyskawic… Wszelkie informacje przekazywane przez autorów starożytnych o obszarach położonych poza rzymskim imperium wydają się mocno podejrzane. Trudno się dziwić, klasyczne dzieła obejmowały obszary znacznie rozleglejsze niż tereny ich własnych podróży, a często wykraczały też poza granice ich wiedzy. Tymczasem nazwy, ludy i plemiona często mylili i podbijający w XIX w. Afrykę Brytyjczycy, którzy informacje czerpali przecież z pierwszej ręki. Zresztą i dziś, w dobie obserwacji satelitarnej, wytrawni komentatorzy polityczni popełniają – bywa – brzemienne w skutkach merytoryczne błędy.

Odwołajmy się zatem do wykopalisk. Tu przedmiotem badań nie są dwuznaczne zapiski, ale konkretna materia – cegła, brosza i nagrobek. Archeolodzy zwykli uważać, że tam gdzie wykopano garnek „w typie praskim”, czyli ręcznie lepione, nieozdobione naczynie, tam gdzie doszukano się śladów po kwadratowej półziemiance z paleniskiem w jednym z kątów – tam na pewno mieszkali Słowianie. Dla tych badaczy kolejne obszary zasięgu słowiańszczyzny wyznaczają owe garnki i półziemianki, ale przecież ludzie mówiący tym samym językiem mogli żyć w skrajnie różnych kulturach materialnych. Weźmy chociażby arabskich beduinów ze stadem kóz, kilkoma wielbłądami, plastikowymi bidonami, jednym kotłem i namiotem i porównajmy ich z sybarytycznymi mieszkańcami miast pełnych orientalnego przepychu, pachnących tysiącem i jedną przyprawą. Styl ich życia jest skrajnie różny, a jednak zarówno marokański beduin, jak i mieszkaniec Damaszku czy egipskiej oazy powie o sobie „jestem Arabem”, i do tego powie to po arabsku. Skąd zatem pewność, że pochylony nad prymitywnym paleniskiem mieszkaniec nędznej półziemianki był Słowianinem? Skąd wiemy, że sam się za takiego uważał? Materialnych śladów jest zbyt mało i zbyt są one mizerne, żeby można było wysnuwać z nich kategoryczne wnioski dotyczące etniczności. Przecież garnek po prostu służył do noszenia wody, a jama zasobowa – do przechowywania ziarna, z którego po dniu pracy w polu człowiek przygotował sobie bryję, ulubiony ponoć przysmak Słowian. Po epoce starożytnej pozostało wiele ciekawych śladów kulturowych: biżuteria, zapinki, monety… Początek ery nowożytnej, kiedy do dziejów wkraczają Słowianie, jakby w ziemi zaginął. To, co zostało, to najczęściej po prostu inny kolor, albo nawet inny odcień koloru ziemi tam, gdzie kiedyś była jama zasobowa – tak wyglądają słowiańskie stanowiska archeologiczne – mówi jeden z badaczy, od lat fotografujący relikty słowiańszczyzny. Kolebki „słowiaństwa” poszukują nie tylko archeolodzy i lingwiści, ale także antropolodzy i genetycy. Zdaniem tych ostatnich charakterystycznym genem dla Słowian jest R1a1 (M17) – haplogrupa występująca w męskim chromosomie Y, czyli przenoszona niemal bez zmian z ojca na syna. Na kontynencie europejskim występuje on u 63 proc. Serbów łużyckich (z Niemiec), 56,4%– –60 proc. Polaków, 44–54 proc. Ukraińców i 50 proc. Rosjan. Najstarszą „genetyczną kolebką” Słowian byłoby w myśl tych badań południe Europy. Sęk w tym, że choć falsyfikacja danych genetycznych jest praktycznie niemożliwa, to ich fałszywa interpretacja – prawdopodobna. Wszystko dlatego, że słowiańskość to pojęcie przede wszystkim lingwistyczne, nie antropologiczne. Podobnie wysoki jak w Polsce odsetek nosicieli R1a1 spotyka się w Europie wśród… Węgrów (którzy pod względem językowym nie mają nic wspólnego nie tylko ze Słowianami, ale w ogóle z całą indoeuropejską grupą języków) i u 80 proc. Celtów (Rosser, 2000).

Skoro nie w genach, to gdzie powinniśmy szukać esencji słowiańskości? Florin Curta, amerykański mediewista, jest zdania, że należy poszukiwać nie garnków, a znaków emblemicznych, czyli wyróżniających Słowian spośród innych ludów, takich jak dziś tarcza szkolna na rękawie ucznia czy stojące włosy na głowie punka. Dla Curty takim znakiem jest fibula kabłąkowa, czyli zapinka do sukni noszona przez kobiety manifestujące swą przynależność do słowiańskich elit (które powstają właśnie w momencie, gdy formuje się etniczność). Czy włożenie stroju z fibulą wystarczało do zamanifestowania słowiańskości? – Być może – odpowiada Curta, którego inni archeolodzy krytykują zresztą za przypisywanie zwykłym zapinkom zbyt wielkiego znaczenia. Jednak jego rozważania idą dalej i są ciekawym głosem w słowiańskiej sprawie. Florin Curta uważa bowiem, że Słowian „stworzyli” autorzy bizantyńscy, nazywający Sclavenes wszystkie ludy barbarzyńskie, które od północy atakowały Cesarstwo podczas grabieżczych wypraw. Nazwa ta powstała dla uproszczenia zbyt skomplikowanej rzeczywistości. Przecież my sami nazywamy wszystkich przedstawicieli rasy żółtej Chińczykami, a większość muzułmanów, niezależnie od tego, czy są Persami, czy Pakistańczykami, po prostu Arabami. Ale wróćmy do Cesarstwa, które na Bałkanach postawiło sieć warowni mających chronić północną granicę przed napadami barbarzyńców żądnych złota i broni, a także oliwy, wina i sosu rybnego zwanego garum. Odcięcie od prestiżowych produktów zmusiło słowiańskich przywódców – jeśli dalej chcieli nimi pozostać i wyróżniać się z masy zajadającej się bryją – do politycznej i militarnej mobilizacji. Zaczęła się formować nowa, silniejsza, lepiej zorganizowana grupa Słowian, zauważona właśnie przez autorów bizantyńskich. Tak głosi teoria Curty, jak wszystkie inne niepozbawiona luk, które umożliwiają jej obalenie, ale – przyznajmy – o ileż ciekawsza niż na przykład słynna „wędrówka ludów”.

Godne zastanowienia jest, jak niby miały owe ludy wędrować. Trudno przypuszczać, by nagle matki brały na barana dzieci, ojcowie rodzin uwiązywali dzikie świnie na konopne sznury (jedna z teorii dotyczących pochodzenia nazwy Słowian mówi, że Suobenoi znaczy tyle, co chodzący ze świniami), praski, nic nie warty, garnek zostawiali na żer archeologom i szli na przełaj przez las, gdzie oczy poniosą. Kiedy decydowali: „No, dziś już dalej nie idziemy, tutaj zostajemy; bierzmy się do orania ziemi i lepienia nowych garnków”? Co zmuszałoby ich do dramatycznej decyzji o pozostawieniu całego dobytku i wyruszeniu na tułaczkę? Przecież nie byli nomadami, tylko rolnikami, których żadna siła nie oderwie od własnej ziemi, tak jak wikinga od statku, a beduina od wielbłąda. Niektórzy historycy wyznają teorię, że motorem wędrówki był nieprzyjazny klimat północy. Trudno sobie jednak wyobrazić chłopa, który orze, sieje, zbiera, a któregoś ranka wstaje ze swojego leża wyściełanego suchą trawą i mchem, wychodzi z ziemianki, rozgląda się i mówi: „O, znowu siąpi, straszna tu jednak wilgoć. Dość mam tych poleskich bagien, nogi ciągle mam przemoczone, cały ten klimat i ta szara beznadzieja działają na mnie depresyjnie. Jutro idę szukać słońca, ruszam na południe”.

Zdaniem profesora Przemysława Urbańczyka, który ślady najprawdopodobniej słowiańskie odkrył aż na Islandii, w rozważaniach na temat Słowian należy porzucić wątpliwą teorię wędrówki ludów, a za owe ludy uznać raczej wędrujące elity – przywódców wraz z armią i tejże armii rodzinami. To właśnie ich losy mieli śledzić historycy, których zupełnie nie zajmowało nudne życie osiadłej, rolniczej większości, niemającej ani ambicji, ani możliwości jakiejkolwiek ekspansji. Zdaniem Urbańczyka, w sukcesie słowiańszczyzny decydującą rolę mieli odegrać przywódcy awarscy, przybyli ze stepów Azji. Koczownicy szybko podporządkowali sobie wielkie tereny zamieszkane przez rozmaite osiadłe rolnicze ludy, które jak głosi tradycja traktowali z należnym okrucieństwem. Jeśli Obrzyn (Awar) miał jechać, nie zaprzęgał do telegi ani konia, ani wołu, jeno kazał zaprządz 3, 4 albo 5 niewiast, aby wiozły Obrzyna. Awarowie, dzicy i bezwzględni jeźdźcy o zniekształconych czaszkach, twarzach pooranych skaryfikacjami, ze skalpami wrogów przytroczonymi do buńczuków, wyruszali wiosną na wojenne wyprawy i zabierali na nie swoich Słowian – pieszych, odzianych nawet nie w koszule, ale w portki tylko. Tak to Słowianie w łapciach doszli pod awarskim dowództwem do Salonik, oblegali Konstantynopol, brali udział w wyprawie bizantyńskiej przeciw Arabom (na których stronę ochoczo przeszli) i osiedli aż w Syrii. Na pewno nie zaludnili tym sposobem Europy, ale Awarowie zapewniając Słowianom i tym wszystkim, którzy dochodzili do wniosku, że opłaca się być Słowianinem, stabilizację, mogli być też swoistymi promotorami słowiańszczyzny. Hunowie co roku przychodzili zimować u Sklawów, brali do łoża żony ich i córki, a na wyprawy wojenne brali słowiańskie mięso armatnie. Mogli też posługiwać się językiem Słowian w kontaktach zagranicznych (jak dziś angielskim), a słowiańskie egalitarne społeczeństwo szybko akceptowało obcych i niejako wcielało ich w swoje szeregi, co – jak twierdzą antropolodzy kultury – jest najważniejszym warunkiem sukcesu demograficznego. Inaczej, z punktu widzenia czystej biologii, taki „słowiański skok demograficzny” (z ok. 300 tys. w VI w. do niemal 8 mln w XI w. n.e.) był mało prawdopodobny, choć nie niemożliwy.

O otwartości Słowian nawet wobec jeńców wojennych tak pisał w VI w. Pseudo Maurycy: Znajdujących się u nich w niewoli nie trzymają w niewolnictwie jak inne plemiona przez czas nieograniczony, lecz ograniczają czas terminem, dają im wybór, albo za umowny wykup wrócą do swoich lub pozostaną jako wolni i przyjaciele […] Słowianie zaludniali więc, lub raczej zarażali swoją słowiańskością nowo zdobyte tereny. Być może język słowiański przeszedł podobną drogę co suahili, który początkowo służył jedynie w kontaktach handlowych Arabów z mieszkańcami Afryki, a teraz porozumiewają się nim całe narody. Dziś którymś z języków słowiańskich mówią ludzie od stepów Ukrainy i śniegów Kamczatki po góry Macedonii i lasy wschodnich Niemiec. A po Awarach, choć wzrostem wielcy i hardzi umem i Bóg zniszczył ich i ani jeden Obrzyn nie został, zostało tylko polskie słowo „olbrzym” i odnajdywane do dziś na polach kamienne płaskorzeźby – tzw. baby, uznawane najczęściej za zabytki Słowian, choć w rzeczywistości nie dość, że nie są słowiańskie, tylko azjatyckie, to jeszcze nie są babami, a wąsatymi dziadami uzbrojonymi w miecze.

Może zatem wędrówka ludów była w rzeczywistości tylko wędrówką sposobu życia? Może to wcale nie ludzie ruszyli w nieznane, ale rozpowszechniały się mody i trendy? Słowianie żyli nadzwyczaj skromnie, ich kobiety nie nosiły drogiej biżuterii, a mężczyźni nie zdobili nawet rękojeści mieczy. W ziemiankach nie przechowywali skarbów ani pieniędzy, nie znali koła garncarskiego. Garnek ulepiony w rękach służył przecież równie dobrze, a że był brzydki? Tym się nie martwili. Życie wiodą twarde i na najniższej stopie, jak Messageci (Hunowie) i brudem są okryci stale, jak i oni – pisał Prokop z Cezarei. Wytworzyli styl życia tak skrajnie nieatrakcyjny, że niezauważalny dla historyków, nieuchwytny dla wrogów. Nie pisało się o nich, bo nie było tematu do pisania, nie napadano na nich, bo nie mieli niczego do grabienia. Gdy inne ludy koronowały władców, składały daniny, rozwijały kontakty handlowe i ośrodki wyspecjalizowanego przemysłu, takie jak np. huty w Górach Świętokrzyskich, Słowianie siali tylko tyle prosa, ile potrzeba było by przetrwać zimę, a ich świnie chodziły dziko po lasach. Nie mieli państwa, a małe, samowystarczalne wspólnoty oparte na więzach krwi czyniły ich wolnymi i równymi. Jednocześnie to minimum egzystencji idealnie pasowało do ciężkich czasów, w jakich żyli. Wczesna kultura słowiańska jest bardzo egalitarna, wszystkich zrównuje do tego samego, niskiego poziomu. Odkopując pozostałości z ery „przedsłowiańskiej”, czyli germańskie, odkrywa się zarówno domy i groby elit, jak i pospólstwa. U Słowian wygląda to tak, jakby żyła tam tylko biedota. Kobiety okolicznych plemion noszą srebro i złoto, ubierają się w kosztowne tkaniny, tymczasem u Słowian – jak w zakonie. Dziwna jest ta słowiańska pamięć o wywyższonym ubóstwie. Protoplasta naszych władców – Piast – nie był nawet, jak zwykliśmy uważać, kołodziejem, tylko oraczem książęcym. Czesi też mają dynastię pochodzącą od chłopa, który był intronizowany w chłopskim stroju, w łapciach z łyka. To samo jest wśród Słowian karyntyjskich (z obszaru dzisiejszej Austrii). Trzeba przyznać, że na tle bogatych obyczajów koronacyjnych reszty Europy nasze są dość ekstrawaganckie.

Można by pokusić się o stwierdzenie, że nasi przodkowie wprowadzili pewnego rodzaju modę na biedę. Po co narażać życie, nosząc cenną broszę albo pijąc wino z wytwornego pucharu? Czy nie lepiej przewiązać się sznurem konopnym, napić miodu w lesie i żyć? Podatki? Są tacy, którzy wybierają nawet więzienie, żeby ich uniknąć. Brak państwa to zero wydatków na haracz! A co dopiero wolność, i do tego równość! Dlatego proste i oszczędne życie dawnych Słowian tylko pozornie było życiem nędznym. Dawało poczucie bezpieczeństwa i stabilności cenniejsze niż luksusy. Ziemianka nie była może szczytem marzeń o domu, ale była ciepła. Tak jak i bania, gdzie można się było tanim kosztem rozgrzać. Nie mają oni [Słowianie] łaźni, lecz posługują się domkami z drzewa. Zatykają szpary w nich czymś, co bywa na ich drzewach, podobnym do wodorostów, a co oni nazywają: mech… Budują piec z kamienia w jednym rogu i wycinają w górze na wprost niego okienko dla ujścia dymu. A gdy się piec rozgrzeje, zatykają owe okienko i zamykają drzwi domku. Wewnątrz znajdują się zbiorniki na wodę. Wodę tę leją na rozpalony piec i podnoszą się kłęby pary. Każdy z nich ma wiecheć z trawy, którym porusza powietrze i przyciąga je ku sobie. Wówczas otwierają im się pory i wychodzą zbędne substancje z ich ciał… Żaden strup ani świerzb na nich nie zostaje. Domek ten nazywają oni: al-istba […] – pisał arabski historyk. Prostota dawała gwarancje przetrwania. Ludy takie jak Sarmaci, Waregowie, Trakowie, Wenedowie – hołdujące bogactwu i luksusom – zniknęły z historii… A może po prostu szły przez nią dalej już jako Słowianie?

[…] należałoby się zastanowić, czy Słowianie nie mieli specyficznego podejścia do przedmiotów. Może dlatego na ich ziemiach nie odnajdujemy żadnych zabytków? Może odrzucali wszystko, co obce, a używali tylko tego, co sami wyprodukowali – jak Gandhi, który nawoływał do kultywowania własnych tradycji i ganił przyjmowanie obcych wzorów. Może po prostu nie chcieli używać ani obcych garnków, ani złota, ani obcych tkanin […]? A może brak znalezisk trzeba tłumaczyć załamaniem się rzymskiego systemu nagradzania za posłuszeństwo? […] Słowianie zostali odcięci od dóbr rzymskich, od kosztownych prezentów, a wodzowie postawili na nowy, prostszy styl życia. Być może Słowianie byli społeczeństwem, w którym status uzyskuje ten, kto jest w stanie najwięcej oddać. Antropologom kulturowym znana jest przecież ceremonia potlaczu, czyli rozdawnictwa. Ten staje się w społeczności najważniejszy, kto jest w stanie najwięcej oddać albo publicznie zniszczyć. Być może przysłowiowa słowiańska gościnność i hojność jest prawnuczką potlaczu właśnie? – zastanawia się Paul Barford, angielski archeolog, który od lat mieszka i pracuje w Polsce, autor obszernego dzieła The Early Slavs.

– A mi to wygląda tak, jakby słowiańskie ziemie zajął nagle jakiś zakon, który ślubował ubóstwo – mówi profesor Jerzy Gąssowski. Być może, zgodnie z tokiem jego rozumowania, słowiańszczyzna była (przynajmniej początkowo) jakimś systemem religijnym? Zwróćmy uwagę, że mniej więcej w tym samym czasie powstał islam. Muzułmanie w niespełna sto lat zunifikowali ogromne obszary świata, bo wraz z ekspansją militarną szerzyli nową, atrakcyjną religię, która – i to być może jest najważniejsze – mówiła ludziom, jak żyć. Trzeba zauważyć, że tam, gdzie islam wówczas dotarł, tam wyznaje się go do dziś. Może podobnie jest z zasięgiem słowiańszczyzny? W tamtych czasach religia była przecież jakby pakietem, który obejmował zarówno sprawy duchowe, jak i życie codzienne. Uczyła, jak się modlić i kiedy pościć, ale też co jeść, jak rozdzielać majątek, jak uprawiać seks… Była często jedynym regulatorem życia, nośnikiem kultury i obyczaju. Do dziś w krajach muzułmańskich oprócz tego, że stawia się meczety, ludzie ubierają się w konkretny sposób i przestrzegają określonych norm społecznych. Być może podobnie było ze Słowianami, może system ich wierzeń był najbardziej odpowiedni do czasów, w których powstał. Religia Słowian do dziś zresztą pozostawia badaczom szerokie pole do twórczej interpretacji. Spisana została głównie przez zwalczających pogańskie kulty misjonarzy, którzy opisali niezrozumiałe dla nich przesądy i zanotowali – często zresztą niepoprawnie – niektóre imiona bogów (na Połabiu niemieccy misjonarze ochrzcili Swętowita, czyli świetlistego, świętego męża – Światowidem). Niektórzy chcieliby widzieć naszych przodków jako niewinne, wolne od grzechu pogaństwa, czekające potulnie na chrystianizację plemię. Nic z tych rzeczy. Słowianie składali krwawe, ludzkie ofiary i z upodobaniem oddawali się orgiom, rytualnemu obżarstwu, pijaństwu i narkotykom. Ostatnia ludzka ofiara złożona została wcale nie tak dawno, bo w XIX w., w celu odegnania zarazy ze wsi.

My sami, bywa, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że uczestniczymy w pogańskich kultach. Ze świąt kościelnych powszechnie przyjęły się tylko te, które niejako „nadbudowano” na pogańskich tradycjach. Świętowanie wiosennego i jesiennego przesilenia, kult zmarłych, wiosenna radość zmartwychwstania Natury, zimowa najdłuższa noc – święta i straszna zarazem, podczas której gadają zwierzęta – to wszystko nie było obce naszym pogańskim przodkom. Byli oni świadkami i uczestnikami „narodzin nowej tradycji” – trochę pogańskiej, trochę chrześcijańskiej. Świętość Natury na ich oczach, a może i w ich umysłach zamieniała się w chrześcijańską kulturę.

Tak poczęstunek przynoszony zmarłym zaczęto z czasem oddawać cmentarnym żebrakom, bo modlitwa żebraka miała moc największą, a dziś dajemy „na wypominki” księżom. Kto z nas nie cierpi co roku na niestrawność po wigilijnej wieczerzy? Obżarstwo jest przecież jednym z grzechów głównych, ale i echem pogańskiej uczty obrzędowej. Nie ucztuje tylko ten, komu stawia się pusty talerz. Wędrowiec? Jaki tam wędrowiec, dodatkowe nakrycie na wigilijnym stole czeka na tych, którzy kiedyś siedzieli tu z nami – na zmarłych. A przedziwna wigilijna tradycja jedzenia grzybów w środku zimy? Być może to dalekie echo halucynogennych biesiad podczas głównych świąt religijnych i świąt przejścia. Może baśnie o krasnoludkach i olbrzymach to wpływ grzybów właśnie, powodujących makroi mikropsję. Może nawet odwaga i wściekłość z jaką rzucali się do boju Słowianie i ich awarscy przywódcy, wywołana była grzybami, tym razem muchomorami? Halucynogennymi dodatkami, takimi jak zawierające skopolaminę, hioscyaminę i atropinę wyciągi z lulka czy bielunia, powszechnie wzbogacano przecież piwo, a samo słowo biesiada najpewniej wzięło się od zażywania biesu – narkotyku dającego profetyczne wizje i ekstazę. Czasem aż trudno uwierzyć, co naprawdę kryje się za z pozoru niewinnymi podaniami. Każde dziecko wie, że bociany przynoszą dzieci. Ale dlaczego właściwie bociany? Otóż – jak się okazuje – ma to związek z kwiatem paproci, a właściwie z jego w noc świętojańską (zwaną drzewiej Kupalnocką) szukaniem, które to słowo po czesku oznacza, mówiąc oględnie, uprawianie seksu. Kwiatu jak wiadomo należy szukać nocą, w lesie. Bezwstydne, lubieżne przyśpiewki i ruchy, klaskanie w dłonie i podnietliwe zginanie się oraz inne miłosne pienia – tak obrzędy słowiańskiej Kupalnocki opisywał Długosz, wprawdzie 500 lat po wprowadzeniu chrześcijaństwa, ale ciągle dziwnie żywo i nad wyraz plastycznie. Zamiana przez Kościół Kupalnocki w noc świętojańską na nic się zdała. Ten jeden jedyny raz w roku można było robić właściwie wszystko, łącznie z kazirodztwem. Seksualne zachowania miały zachęcić Matkę Ziemię do wydawania plonów, a plony Kupalnocki pojawiały się właśnie wtedy, gdy następnego roku przylatywały pierwsze bociany. Wiosna to czas budzenia się do życia, rozbuchanej witalności, a Wielkanoc – wyznaczana według księżycowej pełni – jest też czczeniem samej wiosny. Jak inaczej rozumieć święcenie symboli płodności, życia i pokarmów? Czy nie jest to nawiązanie do pogaństwa? Czy woda święcona nie ma przypadkiem nic wspólnego z demonami wody? A świece na Matki Bożej Gromnicznej, czy nie mają nic wspólnego z bogiem ognia Perunem?

Jest i ciemniejsza strona tego miejsca, w którym prymitywne, złe, słowiańskie pogaństwo zetknęło się z kulturalnym, wyższym, łacińskim chrześcijaństwem. Wybijanie zębów za łamanie postu, zmuszanie mieczem do wieczerzy pańskiej, ciąganie na powrozie w błocie, bicie witkami świętych bałwanów, topienie posągów starych bogów, rąbanie ich siekierami na opał i wycinanie świętych gajów, do których odchodziły, by stamtąd powrócić do życia dusze – dla naszych przodków to był koniec świata. Poganie nie rozróżniają sfery sacrum od profanum, wycięcie świętego gaju było dla nich rzeczywistym końcem, zagładą plemienia. Przecież nie mogli żyć bez duszy. Warto jednak zastanowić się, jak ta wielowiekowa pogarda dla słowiańskiej ciemnoty i niższości wpływa na nas tu i teraz. Maria Janion pisze, że pogłos pogańskiej rozpaczy szedł przez wieki i – jako trauma historyczna – nie mógł przeminąć bez śladów w kulturze ludów słowiańskich. Twórca robiącej wielką karierę psychologii ustawień rodzinnych, Bert Hellinger, twierdzi, że na każdego wywiera wpływ rodzina, również ta z przeszłości, i to ona tworzy psychiczne oparcie dla następnych pokoleń. To przodkowie są odpowiedzialni za nasze dzisiejsze samopoczucie. Być może to „zły chrzest”, upodrzędnienie mieszkańców dorzecza Wisły czy Bugu, pogarda Kościoła łacińskiego dla ich języka (w przeciwieństwie do Kościoła Wschodniego, który język starocerkiewnosłowiański wprowadził do liturgii, a wiele bóstw słowiańskich „przerobił” na świętych portretowanych na ikonach), wstręt dla ich zwyczajów i mitologii zrodziły nasze dzisiejsze, Polskie poczucie niższości, kompleksy wobec kulturalnego, cywilizowanego Zachodu.

Nazwaliśmy siebie Słowianami, ludźmi posługującymi się słowami, czyli takimi, z którymi można porozmawiać, w odróżnieniu np. od Niemców, których zrozumieć nie sposób. Czasem wolimy się widzieć jako Sławian – synów sławy, ale nazwa może równie dobrze pochodzić od łacińskiego słowa sclavus – niewolnik. Te dwie skrajności znakomicie opisują nasze samopoczucie w Europie. Dziś nie chcemy pamiętać, że Słowianie byli jednymi z bardziej poszukiwanych i cenionych (szczególnie na muzułmańskich dworach) niewolników, a arabskie słowo saqaliba – oznaczało zarówno Słowian, jak i rzezańców, bo tacy właśnie trafiali na dwory arabskich emirów z czeskiej Pragi – ośrodka handlu niewolnikami. Wielu robiło wojskowe lub pałacowe kariery… Ale to tylko urywek naszej historii. Przez wieki byliśmy po prostu rolnikami. Z kurami, w gaciach prasłowiańskich, naucz się lubić swój wstyd – radzi Miłosz. Może zatem po prostu polubić prasłowiańskie gacie? Naszą inność, na którą stawia dziś wielokulturowa Europa? Przecież nasze gacie z własnego wyboru nałożyli przed wiekami Goci, Wandalowie, Sylingowie, Celtowie, Łużyczanie, Gepidzi i wielu Innych, którymi po trosze dziś wszyscy jesteśmy. Tak samo jak niewolnikami i sławnymi wojami z naszą ulotną, niepisaną, „złożoną w duchu” nie-historią ludu, który nie umiał wprawdzie budować imponujących świątyń ani ładnie się pomodlić, ale jego całe życie było modlitwą, a jego ziemia – świątynią.

Przy pisaniu artykułu korzystałam m.in. z: Nie-Słowianie o początkach Słowian pod redakcją Przemysława Urbańczyka; katalog PNA Słowianie w Europie wczesnego średniowiecza; Maria Janion Niesamowita słowiańszczyzna.


Źródło artykułu


2 myśli nt. „Skąd się wzięli Słowianie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s