Słowiańska Siła Zbrojna

Słowianie, najliczniejsza etnicznie i językowo indoeuropejska grupa ludnościowa w Europie zamieszkująca obecnie środkową, wschodnią i południową część tego kontynentu. W średniowieczu, od V wieku Słowianie Zachodni zamieszkiwali ziemie między Morzem Bałtyckim, Łabą, Hawelą, Odrą i Wisłą. Zwani też byli Wenedami (raczej niesłusznie) lub Chąśnikami.


Źródło artykułu



Część plemion (Słowianie Połabscy) zajmowała tereny między Odrą i Łabą i dalej na zachód, w okolicach dzisiejszego Hamburga i do Bawarii i Tyrolu (Żytyce, którzy wymieszali się z Bawarami i Szwabami, Bawarzy pochodzą częściowo od Awarów, ludu ugro-ałtajskiego ale to inne zgadnienie). Ich łupieżcze wyprawy wojenne docierały do dzisiejszej Francji – Alzacja, złupienie i spalenie Strassburga (nękając tamtejsze plemiona germańskie Franków, Burgundów, Allemanów, Wizygotów, Herulów, Anglów, Jutów, Sasów, oraz celtyckich Galów i Belgów), Szwecji, Norwegii, Kurlandii, wysp Bornholmu i Gotlandii oraz Wysp Alandzkich. Systematycznie napadali na Duńczyków (Ranowie), docierali do Brytanii, wszędzie siejąc pożogę, śmierć i przerażenie. Ranowie, Obodryci i Wieleci a prawdopodobnie również Słowianie z dzisiejszego Pomorza, samodzielnie lub wspólnie z Waregami (wikingami szwedzkimi) penetrowali ziemie ruskie wzdłóż rzeki Wołgi aż do Konstantynopola. Słowianie Południowi pustoszyli Peloponez (Grecja), Bizancjum (Konstantynopol). Docierali do greckich wysp na Morzu Egejskim, wybrzeży Anatolii (Turcja) a nawet do Egiptu (złupienie Aleksandrii).


Dlaczego piszę o Słowianach?

Temat w czasie dzisiejszej globalizacji i postępu technologicznego tak niemodny, interesują się nim tylko naukowcy i nieliczni entuzjaści. Ja jednak odczuwam taką potrzebę, może to taki zew krwi, może to tzw. pamięć genetyczna. Może, mimo tego że przecież już od dość dawna nie jesteśmy czyści rasowo na skutek zawirowań historycznych, wędrówek ludów, wojen, obcego osadnictwa. Mamy w sobie genotyp różnych ludów europejskich i azjatyckich, różne są też typy antropologiczne. Ja posiadam bardzo rzadką w Polsce i na świecie grupę (podgrupę) krwi: A1B Rh – (minus). Główna grupa AB na ogół nie przekracza 8 % w Polsce i na świecie, podgrupy 1 i 2 jeszcze mniej tylko to chyba, jak się wydaje, o niczym istotnym nie świadczy.


 Wikingowie i Słowianie. Najnowsze odkrycia.

Jak dowiadujemy się z najnowszych odkryć archeologicznych przeprowadzanych przez polski zespół archeologów na Dalekiej Północy pod kierunkiem prof. Przemysława Urbańczyka, słowiańscy żeglarze, niewykluczone, że nawet z terenów położonych nad Wisłą, uczestniczyli w wyprawach Wikingów na północny Atlantyk a co więcej brali udział w zasiedlaniu dalekiej Islandii. Potwierdzają to, odkryte w ostatnich latach w Skandynawii ślady typowo słowiańskich chat z IX – X wieku, zupełnie odmiennych od ówczesnej zabudowy miejscowej. Takie chaty znajdują się w Danii, Szwecji, Norwegii oraz właśnie na Islandii. Polscy archeologowie zajmują się badaniami na Islandii od 1999 roku, poszukując najstarszych śladów osadnictwa na wyspie.

Profesor Urbańczyk prowadził także wiele badań m.in. na Lofotach, gdzie odkrył zaginione miasto Wikingów – Vagan, oraz za kręgiem polarnym, na przylądku Norkap. Jak podkreślał, od samego początku badań na wyspie lodu, pojawił się wątek słowiański, bowiem znanym jest faktem, że Słowianie wraz z Wikingami docierali do północnej Norwegii, i na Islandię, i tam też się osiedlali. Nie byli to ani jeńcy ani niewolnicy, bowiem w tradycji Wikingów budowa domów była atrybutem ludzi wolnych. Wikingowie nie tworzyli jeszcze jednorodnego narodu, byli raczej kastą czy grupą zawodowych kupców, żeglarzy i piratów. Nie wiemy też dokładnie jacy Słowianie zatem przystępowali do tej nordyckiej społeczności, choć mówi się o Połabianach. Wikingowie cenili ludzi potrafiących walczyć i budować okręty, ludzi znających się na żeglowaniu. Zatem Słowianie słynący z tych cech, a także znani z piractwa na Bałtyku i Morzu Północnym nie byli przez Wikingów odtrącani. Osadnictwo na Islandii doprowadziło jednak do znacznej dewastacji wyspy (m.in. wycięto lasy), choć sprowadzono na nią bydło, niezbędne do przeżycia w tamtych czasach.

Wbrew romantycznym wizjom świtu naszej państwowości, którym tak chętnie ulegamy, powstanie Państwa Polskiego, które ostatecznie miało miejsce w połowie X wieku, nie mogłoby dokonać się bez udziału siły, a postępująca centralizacja władzy książęcej nie istniałaby bez wiernej siły zbrojnej – drużyny. IGOR D. GÓREWICZ 2004-05-06.

Niestety tworzeniu się tego istotnego aspektu państwowości słowiańskiej towarzyszą stwierdzenia o zewnętrznym czynniku „inspirującym” Słowian do organizacji siły wojskowej.


 „Pierwsza armia państwowa”


Już w poprzedzających Mieszka I wiekach rozpoczęło się kształtowanie instytucji drużyny, a wybitny badacz słowiańszczyzny Henryk Łowmiański zauważył, iż „zjawisko drużyny w jego pierwotnej postaci jest znane społeczeństwom przedpaństwowym” [1]. Większość badaczy przyznaje ponadto, iż drużyna była głównym czynnikiem podpierającym władzę książęcą [2]. Trudno więc obronić pogląd, iż utrzymywana w takich warunkach drużyna nie była wprawna w walce i wymagała zewnętrznego czynnika szkoleniowo-organizacyjnego w swoim składzie. Reasumując, wczesne drużyny grodowe znane były plemionom prapolskim od dawna, a przynajmniej od początku X wieku.

W wyniku powiększania władzy książęcej mamy do czynienia z drużyną ściśle już państwową, która szczyt swej potęgi datuje od połowy owego wieku. Trzeba też dodać, że o informacje o wojskach Mieszka I i Bolesława I Chrobrego podaje szereg źródeł, ale żadne z nich nie wspomina o obcym jej pochodzeniu, czy importowaniu sposobów walki. Wręcz przeciwnie zawsze podkreślana jest siła władców słowiańskich, czy polskich i ich ludu. Te same źródła mówią o zaopatrywaniu drużyny przez księcia w sprzęt wojskowy, odzież, otaczaniem „opieką socjalną” ich rodzin, rozporządzaniem ich ożenkiem, co dowodzi, iż była to formacja stanowiąca w zasadzie zalążek armii państwowej, a nie najemnicy, którym płaci się za usługę. Czy więc rzeczywiście wcześni książęta polańscy i polscy mogli polegać na tak niezależnym i nietrwałym czynniku, jak opłacani najemnicy?

Wybitny archeolog, prowadzący przez dziesiątki lat wykopaliska na Wolinie, były dyrektor Muzeum Narodowego w Szczecinie, znawca tematyki wczesnego średniowiecza profesor Władysław Filipowiak, w wywiadzie z 2000 roku zapytany o rzekomych najemników normańskich w drużynie Mieszka I powiedział: „Już była dyskusja na ten temat i nie ma co więcej dyskutować (…) Jeśli nawet uczestniczyli w niej (drużynie – przyp. I.G.) inni, to znaczną większość musieli stanowić miejscowi woje i ci decydowali o wszystkim”. [3] Zdecydowanie odrzucił też możliwość udziału najemników wskazując, iż mamy tu do czynienia z „pierwszą armią państwową”.


 Sztuka wojenna Słowian


Jeden z najznakomitszych znawców Słowiańszczyzny Witold Hensel stwierdził, iż „prawie wszystkie przekazy pisane mówią o dużych umiejętnościach Słowian w zakresie sztuki wojennej”. [4] Słowiańska technika wojskowa była na tyle zaawansowana i skuteczna, że stanowili oni już w VI w. n.e. groźną siłę i prowadzili z powodzeniem walki z Bizancjum (oblegając nawet Konstantynopol), Awarami, czy Frankami. A były to nie tylko walki obronne, ale często i zaczepne, prowadzone na terytorium wroga. Jeden z kronikarzy bizantyjskich zanotował odpowiedź Dauritasa i innych wodzów Słowian naddunajskich gnębiących Bizancjum około 578/579 roku do posłów awarskich: „Jeszcze się taki nie urodził i nie pojawił pod słońcem, kto by potrafił ujarzmić nasza potęgę. Myśmy przywykli do tego, aby panować nad cudzymi ziemiami, a nie by kto inny nad naszą; i tego jesteśmy pewni, póki istnieje wojna i miecz.” [5]

Wielu spośród średniowiecznych kronikarzy dawało świadectwo swego uznania dla skuteczności wojennej Słowian.

Orderyk Vitalis opisał wyprawę króla duńskiego Swena na Anglię z 1069 roku, w której wspomagała go m.in. Polska, a także plemiona Luciców (Wieletów), o których wyraził się iż „lud ten był doświadczony w walkach na lądzie i na morzu”.[6] Wojowniczość Słowian podkreślało wielu kronikarzy, jak choćby wtedy, gdy wspominali, że: „ogólnie rzecz biorąc Słowianie są skorzy do zaczepki i gwałtowni i gdyby nie ich niezgoda, wywołana mnogością ich gałęzi i podziałów na szczepy, żaden lud nie zdołał by im sprostać w sile”.[7] Prawdopodobnie Słowianom nieobcy był także szał bitewny, który wywoływany bywał u wielu ludów w bardzo różnych czasach, a który najpowszechniej znany jest w przypadku wikińskich berserkerów.

Takiego szału możemy dopatrywać się w opisie słowiańskiego ataku na Konungahelę autorstwa Snoriego Sturlasona, mówiącego, iż po wydaniu przez księcia Racibora rozkazu do szturmu, jeden z jego wojów samym tylko mieczem lub toporem, nie zważając na draśnięcia i rany, odrzuciwszy nawet tarczę przedarł się do samej bramy zabijając w niej wartowników. Obrońcy zarzucali go gradem pocisków, te jednak chybiały lub nie robiły wrażenia na rozjuszonym wojowniku. Obrońcy pomyśleli więc, że to magia go chroni, „na to ksiądz Andrzej wziął święcony ogień, pobłogosławił go i wsadził weń ostrze, aż się opaliło, to nabił na strzałę i podał Asmundowi. Ów wystrzelił ją na czarownika, a ta ugodziła go tak, że od razu miał dość i padł na ziemię””. Tak wydarzenia te tłumaczył autor sagi, my jednak możemy pokusić się o wyjaśnienie, że naczelnik Semund polecił wprawnemu łucznikowi Asmundowi ostateczne usunięcie wojownika, ten bowiem zdawał się w szale nie odczuwać pomniejszych draśnięć czy ran. [8]

Na szczególną uwagę zasługuje rodzima taktyka prowadzenia działań zbrojnych, bowiem plemiona mające stworzyć wczesnośredniowieczną Polskę wyspecjalizowane były w dostosowaniu jej do warunków terenowych panujących na ziemiach polskich, pokrytych gęstą puszczą, rozległymi bagnami i szerokimi rozlewiskami rzek. Wykorzystywano więc ukształtowanie terenu i cieki wodne do budowania głębokich linii fortyfikacyjnych. Charakterystyczna dla Słowian (ale nie tylko, bowiem wykorzystywano ją za czasów panowania Mieszka i Chrobrego podczas budowy wałów) jest technika wznoszenia grodów obronnych, polegająca na usypywaniu potężnych wałów o konstrukcji hakowej i skrzyniowej, zakończonych na szczycie ostrokołem.

O umiejętnościach wojennych Słowian i wadze (dla celów obronnych) grodów świadczy przekaz tzw. Geografa Bawarskiego z IX wieku, który wymienia m.in. prapolskie plemiona, podając ilość grodów, którymi dysponują (871) [9].Witold Hensel stwierdził wręcz, iż prapolskie fortyfikacje należały do najpotężniejszych tego typu w ówczesnej Europie. Skandynawia np. na tym tle wypada wyjątkowo mizernie, gdyż tam jeszcze do XIII wieku używano czasami prymitywnych ostrokołów[10], choć oczywiście nie można zapominać o przykładach skandynawskiego budownictwa warownego, jak choćby potężne obozy wojskowe tzw. grody typu „Trelleborg” wiązane z Haraldem Sinozębym. Wałami otoczone było też Hedeby i Birka, a poza tym całą Jutlandię odcięto od Niemiec potężnym wałem tzw. Danewirke.

Podobnie zresztą wysoki poziom reprezentowali Słowianie w technice oblężniczej, gdyż już w walkach z Bizancjum, np. podczas zdobywania Salonik, posługiwali się różnymi machinami oblężniczymi. Gall Anonim pisze o używaniu przez Polaków, m.in. wyrzutni wielkich głazów działających na zasadzie łuków – samostrzałów. Znano je także na Rusi. Wiele z tego przejęto właśnie z Bizancjum lub czerpiącego z dorobku rzymskiego zachodu Europy. [11]

Krystyna Pieradzka zwróciła uwagę, iż opisy ataku i zdobycia przez Słowian Konungaheli wspominają o miotaniu przez skandynawskich obrońców pocisków wyłącznie ręcznie, podczas gdy Saxo Gramatyk pisze, iż Słowianie broniąc Wołogoszczy w 1178 roku skutecznie używali machin miotających. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z przykładem twórczego rozwoju słowiańskiej myśli technicznej, bowiem zgodnie z opisem kronikarza obrońcy „przygotowali nieznane dotychczas machiny”, które z niespotykaną celnością raziły okręty duńskiego króla Kanuta i arcybiskupa Absalona [12]. Także Andrzej Nadolski wskazuje na przekaz Thietmara dotyczący walk pod Niemczą w 1017 roku, mówiący o wykorzystywaniu machin oblężniczych przez wojska piastowskie i choć przekaz ten nie przybliża wyglądu machin to badacz nakazuje szukać analogii w innych krajach europejskich czerpiących z dorobku rzymskiego. [13]

Słowianie do perfekcji opanowali także walkę podjazdową, którą wykorzystywali wobec silniejszego przeciwnika. Nawet niemiecki kronikarz Thietmar darzy uznaniem skuteczność słowiańskiej taktyki opisując walki Chrobrego z Niemcami na Śląsku, a wiadomo, iż te same sposoby używali Słowianie już w VI wieku, bowiem opisywał je bizantyjski cesarz Maurycjusz. Słowianie z powodzeniem łączyli działanie różnych rodzajów broni, jak Bolesław Chrobry, który wykorzystywał współdziałanie konnicy i łuczników, lub wcześniejsze, mieszkowe, mistrzowsko przeprowadzone działanie kombinowane przeciw potężnym ciężkozbrojnym oddziałom Niemców pod Cedynią. M.in. z opisów zdobycia Konungaheli wiadomo też, że Słowianie wykorzystywali strzelców wyborowych, osłanianych przez wydzielonych tarczowników i skutecznie rażących wybrane cele. Porównajmy to np. z wojownikami normańskimi, zwanymi wikingami, którzy przygotowani byli do zupełnie innego charakteru zadań bojowych, polegających głównie na szybkich wypadach, podczas których atakowali raczej bezładnie, bez konkretnej taktyki, by równie szybko dokonać odwrotu.


Konnica i formacje piesze


Około X wieku stopniowo na znaczeniu zyskiwała konnica, po długim okresie decydującej roli formacji pieszych. Nie był to proces swoiście polski, czy słowiański, lecz ogólnoeuropejski, gdyż w tym kierunku ewaluowała taktyka i technika wojskowa. Słowianie natomiast od dawna hodowali konie, oraz ujeżdżali je zarówno do celów transportowych, jak bojowych. Wiadomo, dzięki kronice Prokopa z Cezarei, iż już w latach 536/37 istniały oddziały konnicy w służbie Bizancjum, złożone z Hunów i Słowian.[14] Jest to oczywiste, gdy weźmie się pod uwagę, iż Słowianie stosunkowo późno opuścili tereny stepowe i przybyli na tereny środkowoeuropejskie. Poza tym przez setki lat, już na stanowiskach europejskich Słowianie sąsiadowali i walczyli ze stepowcami, a jak uczy historia wojskowości, technika w tym zakresie przenika od ludów z którymi toczy się najdłuższe walki (patrz przykład wschodniego sposobu uzbrojenia polskiego od XVI wieku, wraz z szablą; wcześniej natomiast, gdy walczyliśmy z europejską techniką wojskową rycerstwo polskie uzbrojone było w zachodnim stylu, choć ok. 50 lat spóźnione; uzbrojenie Rusi natomiast zawsze posiadało wyraźnie mieszany wschodnio-bizantyjski styl).

Tak więc od ludów koczowniczych Słowianie przejęli strzemiona, a od VII, VIII wieku znali ostrogi z kolcami odgiętymi do środka, następnie przyjęły się strzemiona z kółkami, a od IX w. ze spłaszczonymi końcami ramion[15]. Niektóre ostrogi były bogato zdobione srebrem i złotem, które choć też zapożyczone (tym razem nie od ludów stepowych), produkowane były na miejscu, dawniejsza nauka twierdziła ponadto, że ostrogi znane były Słowianom już od okresu późnolateńskiego. Poza tym Ibrahim ibn Jaqub, uczony i podróżnik żydowski z Kalifatu Kordoby w Hiszpanii, pisał, iż „Prapolacy” wyrabiają siodła i uzdy. W ówczesnej Polsce żyła rodzima rasa koni, podobna do tarpanów, niewielkich, ale bardzo wytrzymałych, podobnie jak konie późniejszych Mongołów.

Można znów odwołać się do porównań ze Skandynawami, wykazując zasadnicze różnice. Wiadomo z wielu źródeł, iż tzw. wikingowie używali koni głównie do transportu drogą lądową, natomiast do walki stawali w przygniatającej większości przypadków pieszo. Owi wikingowie, jako piraci, handlarze, najemnicy podróżowali na swoich łodziach (tzw. drakkarach, knorrach), z których to często bezpośrednio rzucali się do ataku, jak było m.in. po splądrowaniu klasztoru w Lindisfarne (Anglia). Potwierdzenie tej tezy odnaleźć można w wielu przekazach opisów walk np. na południowym brzegu Bałtyku, czy podczas ataku na Paryż w IX wieku. Else Roesdahl pisze: „liczne (…) opisy walk wikingów pozwalają nam wnioskować, że (…) przeważali wśród nich piesi wojownicy. Koni używano w wojsku do celów transportowych na lądzie…”.[16] Autorka nie wyklucza, że i Normanom zdarzało się walczyć „siedząc na koniu”, ale określa to jako sporadyczne, gdyż nawet większość podróży lądowych odbywali oni pieszo. Dodajmy, iż trudno dziwić się pieszej walce Normanów, gdy weźmie się pod uwagę górzystość i skalistość znacznych połaci Skandynawii, a także brak podstawowego pożywienia dla koni (tereny ubogie w roślinność) co nie sprzyjało rozwojowi konnej techniki walki.

Inaczej Słowianie, o których wiadomo, że na każdej łodzi, która wchodziła w skład flotylli płynącej z wyprawą na Konungahelę, wieźli 44 ludzi i 2 konie. Poza tym na pieszą walkę Normanów wskazuje już ich uzbrojenie ochronne w postaci okrągłej tarczy, która trzymana była w dłoni za imacz, czyli żelazny lub drewniany pręt dzierżony w garści oraz umba, wypukłe elementy żelazne, chroniące z zewnątrz dłoń walczącego (które są najczęstszym znaleziskiem, świadczącym o używaniu tarcz). W związku z tym walczący miał zajętą lewą dłoń i nie mógł prowadzić konia. Poza tym cała konstrukcja tarczy przeznaczona była głównie do walk morskich i przybrzeżnych. Także jej kolisty kształt niedostatecznie kryłby jeźdźca. Natomiast słowiańskie tarcze z tego kresu wykonane były w całości z materiałów organicznych, bez metalowych okuć, i dzierżone były na pasach nasuwanych na przedramię tak, że dłoń pozostawała wolna i mogła prowadzić wodze. Przystosowane więc były dla konnicy.

Niektórzy uważają, że tarcze okrągłe, a więc takie jakich używali wikingowie, służyły do ochrony podczas bitew morskich, podczas gdy owalne przy walkach lądowych.[17] Faktem jest, że dość szybko upowszechniły się u Słowian tarcze kształtu migdałowatego lub owalnego, które choć na pierwszy rzut oka kojarzone mogą być z ochroną konnego, to często pojawiają się na ikonografii w kontekście wojowników pieszych. Kronikarz Saxo Gramtyk pisze, że przed samym starciem Słowianie polewali swoje tarze wodą, bowiem skóra obciągnięta na tarczach wysychała i kurczyła się od słońca, co zwiększało jej podatność na rozłupanie. Z doświadczeń wiadomo, że tarcza choćby z mokrego drzewa, mimo, że łatwiej w niej o wgniecenia, znacznie trudniej ulega rozłupaniu niż egzemplarz suchy.

W swoich przekazach Ibrahim ibn Jakub donosi o mizernej jakości słowiańskich tarcz. Skąd brała się ta opinia? Tarcza często służyła jednorazowo, trudno bowiem spodziewać się, że kilka desek oprzeć miałoby się ciosowi potężnego topora bojowego, zwłaszcza zaś dwuręcznego. Prawdopodobnie więc tarcze produkowano masowo i szybko, a więc „ekonomicznie”, skoro i tak chronić miała przy pierwszym zderzeniu lub przed ostrzałem łuczniczym czy procarzy. Zdanie takie zdaje się potwierdzać najnowsze odkrycie tarczy w Szczecinie (o kształcie sugerującym element przejściowy pomiędzy migdałem a trójkątem), której datacja choć dość rozciągła skłania się ku początkowi XIII wieku. Tarcza ta wykonana z sześciu deseczek drzewa olchowego ma grubość jedynie 5 mm (sic!) a o zniszczeniu czasem nie może być mowy, bowiem zachowały się malowidła na stronie zewnętrznej. Tarcza ta wpisuje się również w to co powiedzieliśmy wcześniej o braku okuć na szczytach słowiańskich, bowiem nie tylko jest ich pozbawiona, ale na stronie wewnętrznej zachował się skórzany pas – imacz. [18]

Wracając do zagadnienia walki konnej – powyższe uwagi nie sugerują tego, że Słowianie nie stawali pieszo, bowiem rzeczywiście piechota stanowiła główną masę ówczesnych armii. Poza taktyką i wymogami terenu, wpływał na to także fakt, iż utrzymanie konnicy wiązało się z bardzo wysokimi kosztami. Konnicy dostarczali więc z jednej strony możni, z drugiej formacje drużynne, skupione wokół księcia i ważniejszych władyków plemiennych. Pieszo natomiast walczyła liczniejsza grupa pieszych tarczowników i masa pochodząca z pospolitego ruszenia, ona też była słabiej uzbrojona. Tekst kroniki Ibrahim ibn Ja’qub z połowy X wieku wspomina co prawda, iż Mieszko posiada drużynę pieszą, gdyż w jego kraju gęsto porośniętym lasem, trudno się było konnicy poruszać, ale wersja owa pochodzi z XIII-to wiecznego odpisu al-Kazwiniego, nie ma natomiast tego stwierdzenia w wersji al-Bekriego, który natomiast donosi o kraju Obodrzyców Nakona, iż obfituje w konie i że stąd się je eksportuje. Obie wersje natomiast donoszą, iż książę Mieszko daje swoim żołnierzom obok odzieży i broni, także konie.[19] Składały się na nie dwie kategorie, tj. uzbrojenie ochronne i zaczepne. Do pierwszej z nich należą hełmy (czyli rodzime „szłomy”), tarcze (szczyty – patrz wyżej) i pancerze, do drugiej zaś głównie miecze, topory i włócznie.

W przypadku szłomów – w X wieku używanych głównie przez wojskową elitę – najczęściej używanym modelem był hełm z nosalem, tzw. stożkowy, błędnie zwany „normańskim”, gdyż dawniej łączono go głównie z północnymi wojownikami, podczas gdy był to typ używany w wielu krajach ówczesnej Europy.[20] Piękny egzemplarz takiego hełmu znany jest z Czech i łączony ze św. Wacławem. W tym przypadku dzwon hełmu pochodzi z wieku IX, nosal zaś dodano już w wieku X i to w dodatku błędnie, bowiem w tylnej części dzwonu! W Polsce szłomy znaleziono w Jeziorze Lednickim, ale te egzemplarze pochodzą już z XI wieku. Dzwony tych hełmów wykonane mogły być z jednego elementu, co dawało znakomite walory techniczne, ale trudność ich wykonania wpływała niekorzystnie na cenę. W związku z tym produkowano tańszą, pierwotną wersję w tzw. konstrukcji żebrowej.

Innym modelem szłomu, używanym w państwie pierwszych Piastów były szyszaki, tzw. szłomy typu ruskiego, zwane też „wielkopolskimi”, gdyż właśnie tam odnaleziono grupę takich hełmów. Znane ze swej pozłoty, prawdopodobnie stanowiły jednocześnie rodzaj insygnium, na który mógł sobie pozwolić wyłącznie książę i najbliższe otoczenie. Nie posiadały one zresztą tak dobrych walorów technicznych, jak hełmy stożkowe.


Pancerze i kolczugi


Podobnie z pancerzami. One również przypadły w udziale wyłącznie możniejszych wojownikom oraz „pancernej” części drużyny Mieszka i Mieszkowica. Najdoskonalszą formą pancerza jest oczywiście kolczuga, ze względu na swoją przewiewność i giętkość. Do innych natomiast rodzajów należy zaliczyć wszelkie pancerze złożone z przynitowanych niewielkich blaszek do skórzanego najczęściej fartucha (tzw. karaceny), w różnych konfiguracjach – czy to dachówkowej, czy sąsiadującej oraz pancerze tzw. lamelkowe, czyli łączone ze sobą blaszki, lub zbrojniki skórzane pozbawione podłoża. Claude Blair, angielski znawca broni nazwał „epoką kolczugi” lata 1066-1250, gdyż dopiero wówczas stała się ona nieco powszechniejsza.[21] Wśród Skandynawów kolczuga, czy w ogóle pancerz także nie były regułą, gdyż większość z nich walczyła bez żadnego uzbrojenia ochronnego poza tarczą. Na mniejszą ilość znajdowanych pancerzy i tarcz słowiańskich wpływa fakt, iż słowiańskie zwyczaje pochówkowe nakazywały dawać zmarłemu jedynie jego broń, a czasami elementy uprzęży konnej, a nie np. kolczugę.


Miecze


Najważniejszą, choć nie najpowszechniejszą bronią zaczepną był oczywiście miecz. Najczęściej znajdowanymi na ziemiach polskich mieczami są te, które wg systematyki J. Petersena należą do typu „X” i pochodzą z XI wieku. Nie jest to jednak miecz typowy wyłącznie dla Polski, gdyż – z soczewkowatą głowicą i dłuższym niż wcześniej jelcem – używany był w wielu krajach w ciągu XI wieku. Przypadało to na okres, kiedy miecze nie były już taką rzadkością jak wcześniej, produkowano je masowo, i w związku z tym mniej starannie. Ponadto pozbawione dawnego, przebogatego wystroju, przypadły w udziale szerszym grupom wojowników, a nie wyłącznie najmożniejszym.

Dawniejsze miecze, mimo wspaniałego wyglądu i wysokiej ceny były słabo wyważone i używane mogły być wyłącznie do prostych cięć, podczas gdy nowszy typ (lepiej wyważony i lepiej leżący w dłoni) nadawał się do prostej szermierki. Miecz w tym czasie stał się bardziej narzędziem, stosunkowo tanim i poręcznym, niż dziełem sztuki. Wcześniejsze miecze o sztabkowej, czy choćby wachlarzowej głowicy, lub inne typy utożsamiano ze Skandynawią i stąd błędnie nazywano je „normańskimi”, natomiast Andrzej Nadolski, najwybitniejszy polski znawca broni, twierdzi – w czym zresztą nie jest odosobniony – że w większości produkowane one były nie przez Normanów, ale w pracowniach frankońskich w Nadrenii, gdzie korzystano z wielowiekowych tradycji, sięgających jeszcze rzymskiej prowincji. Głownie (brzeszczoty) wędrowały po całej Europie i jedynie oprawa (rękojeść: głowica i jelec) dorabiana była zgodnie z miejscową modą.

Wiele mieczy znanych z Polski pochodzi z importu, ale tylko część dotarła tu za pośrednictwem Skandynawów, większość natomiast bezpośrednio z zachodu Europy. Nawet na Rusi, która miała bardzo bliskie związki ze Skandynawią, większość mieczy importowanych pochodzi z Zachodu. [22] Trzeba dodać, że i skandynawscy naukowcy przyznawali, iż miecze sporządzane na półwyspie były dużo gorszej jakości, niż frankońskie. [23] Zwróćmy również honor słowiańskim kowalom, których wyroby były dobrej jakości, skoro zaopatrywano je w znaki producenta, co czyniono, by swoje dobre wyroby odróżnić od innych. Słowianie znali też i potrafili wyrabiać najlepszy i najdroższy rodzaj ówczesnej stali, czyli tzw. dalmacen skuwany, albo dziwer i to w różnych odmianach, a szeregu celowego stosowania odmian dowodzi relacja wybitnego uczonego arabskiego al-Biruniego z Chorezmu.[24] Zdaniem Z. Vany Słowianie wytwarzali miecze stalowe oraz sztylety o stalowych krawędziach-ostrzach zgrzewanych z żelaznym trzpieniem, co wskazuje na znajomość u nich techniki damascenizacji już od IX wieku. [25]


Hełmy


tabl141
Szołmy (hełmy) słowiańskie, wojowskie, nawiązujące do scytyjskich królewskich nakryć głowy męskich i do scytyjskich hełmów wojowników. Są zupełnie różne od tych wywodzących się z tradycji celtyckiej.



ostatni-boj-swiatoslawa-z-pieczyngami

Światosław i Pieczyngowie


Topory


Słowo topór, jak pisze Aleksander Brückner w Słowniku Etymologicznym Języka Polskiego, jest prasłowiańską pożyczką z perskiego „tabar”. Wiadomo też, że topór znany był Prasłowianom (wraz z nazwą) przynajmniej od V w. p.n.e. i to jak twierdzi J. Pieradzka właśnie od nich broń tę mieli zapożyczyć Normanowie wraz z nazwą, która brzmi u nich „taparoex”, a pojawiają się zresztą dopiero w 1031 roku.[26] Wielu wikingów walczyło toporem, gdyż był on wiele tańszy od miecza, a poza tym idealnie nadawał się do rozłupywania tarcz przeciwnika. Wykształciły się swoiste odmiany toporów, używane przez Normanów, jak np. tzw. „danax” – „topór duński” o symetrycznym ostrzu. Swoiste typy toporów, jak choćby typ z asymetrycznym długim ostrzem tworzącym tzw. „brodę”, wykształciły plemiona pomorskie i połabskie, dla których topór był ulubioną bronią.


Włócznie


Każdy woj, czy to pieszy, czy konny, i to w całej Europie, zaczynał walkę od posługiwania się włócznią, gdyż była to broń bardzo niebezpieczna i utrzymywała pewien dystans od wroga. Nadolski twierdzi, że na polu walki włócznia przeważa nad mieczem. O roli włóczni niech świadczy fakt, iż tzw. włócznię św. Maurycego podarował Chrobremu Otto III podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego, będącą później jednym z insygniów królów polskich, a przez podniesienie włóczni wojowie słowiańscy wyrażali swoją aprobatę na wiecach, włócznia zaś wbita w słup drewniany była w Wolinie symbolem Trzygłowa. Także germański Odyn miał za swój najważniejszy symbol właśnie ową broń drzewcową.

Należy pamiętać, że uzbrojenia szeregowego woja pochodzącego z pospolitego ruszenia, lub co najwyżej z „niższej” lekkozbrojnej formacji tarczowników (działających obok „pancernych” wymienianych przez źródła) nie można stawiać do porównania ze sprzętem zawodowego wojownika z wyższej warstwy społecznej.
Igor D. Górewicz.


Przypisy/Literatura

H. Łowmiański, Podstawy gospodarcze i społeczne powstania państwa polskiego i jego rozwoju do początku XII w., w: „Kwartalnik Historyczny” 1960r., T 4., s. 962. Patrz: J. Bardach Polskie państwo wczesnopiastowskie (dorobek i perspektywy badań), w: „Kwartalnik Historyczny” 1960r., T.4 , s. 994 W. Filipowiak w „Myśl Polska” z marca 2000 W. Hensel, Słowiańszczyzna wczesnośredniowieczna. Zarys kultury materialnej, Warszawa 1965, s. 593. Menander Protektor w: G. Labuda Słowiańszczyzna starożytna i wczesnośredniowieczna. Antologia tekstów źródłowych, Poznań 1999, ss. 79-81 Orderyk Vitalis Historia ecclesiastica…, tamże, s. 237-238. Ibrahim ibn Jakub, w: G. Labuda, op. cit., s. 122-123 Opis najazdu podał Snorre Sturlason Heimskringsaga, w: G. Labuda, op.cit., s. 238-240 Obliczenie własne na podstawie danych „geografa” przytoczonych przez J. Gąssowski Dzieje i kultura dawnych Słowian (do X wieku), Warszawa 1964, s. 128. Sprawą oczywistą jest, iż tylko główne grody były najmocniej ufortyfikowane. Uczeni natomiast sądzą, iż chodzi tu o grody, które miały znaczenie w organizacji terytorialnej, a jako taki musiały być w jakimś stopniu warowne. J. Kostrzewski Kultura prapolska, s. 476. W. Hensel, op.cit. ss. 394-395. K. Pieradzka, Walki Słowian na Bałtyku w X-XII w., Warszawa 1953, s. 38, 93. A. Nadolski, Polskie siły zbrojne i sztuka wojenna w początkach państwa polskiego, w: „Początki Państwa Polskiego. Księga Tysiąclecia”, Poznań 2002 (reprint), s. 195 Słownik Starożytności Słowiańskich, hasło: Siły zbrojne, T. 5, s. 182. Z. Vana, Świat dawnych Słowian, Warszawa 1985, s. 167. E. Roesdahl, Historia Wikingów, Gdańsk 1996, s. 130. patrz też s. 76-77. K. Pieradzka, op. cit., s. 36-37. A. Uciechowska-Gawron „Obwałowania wczesnośredniowiecznego podgrodzia w Szczecinie…”, w: H. Panera, M. Fudziński (red.) „XIII Sesja Pomorzoznawcza. Od wczesnego średniowiecza do czasów nowożytnych” t. 2, Gdańsk 2003 oraz informacje uzyskane w Pracowni Archeologicznej Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Ibrahim ibn Jakub o wczesnofeudalnych państwach słowiańskich w połowie X wieku, w: G. Labuda, op. cit., ss. 146-149. A. Nadolski, Broń i strój rycerstwa polskiego w średniowieczu, Wrocław 1979, ss. 47-48. tamże, s. 65. A. Nadolski, Polska broń. Broń biała, Wrocław 1984, ss. 27-48. W. Hensel, op. cit., s. 172. Tamże, ss. 174-175 Z. Vana, op. cit., s. 155-156. K. Pieradzka, op. cit., s. 34, J. Kostrzewski, op. cit., s. 298-301, o toporach patrz też m.in. SSS, T. 5, s. 164-167, hasło „Siekiera”

KSIĘSTWO RUGIJSKIE/RAŃSKIE

1168-1325 księstwo wasalne królów Danii:

  • 1162-1170 Tesław

  • 1170-1218 Jaromar I

  • 1218-1236 Barnut razem z Wisławem I

  •  1218-1249 Wisław I

  • 1249-1260 Jaromar II

  •  1260-1302 Wisław II razem z Jaromarem III

  • 1264-1283 Jaromar III

  • 1302-1325 Wisław III na Rugii

  •  1302-1304 Sambor w Stralsundzie

* od 1325 do książąt (zachodnio)pomorskich jako księstwo wołogosko-rugijskie, albo rugijsko-bardowskie:
o 1325-1326 Warcisław IV
o 1326-1368 Bogusław V, Warcisław V, Barnim IV
o 1368-1372 Warcisław VI, Bogusław VI
o 1372-1394 Warcisław VI
o 1394-1415 Warcisław VIII
o 1415-1432/36 Świętobor II
o 1432/36-1451 Barnim VIII
o 1451-1457 Warcisław IX
o 1457-1478 Warcisław X

* od 1474 w składzie ks. wołogoskiego

* od 1478 w składzie ks. (zachodnio)pomorskiego
Arkona(niem. Kap Arkona) – skalisty przylądek w skrajnie północnej części Rugii (Meklemburgia-Pomorze Przednie).

We wczesnym średniowieczu centralny gród obronny zachodniosłowiańskich Ranów na trudno dostępnym wąskim cyplu półwyspu Wittow, broniony od lądu podkowiastym wałem i fosą. Znany ośrodek kultu pogańskiego boga Świętowita (połabskie: Svątevit, czytaj swantewit). Świątyni Świętowita (kąciny) strzegła stała załoga licząca 300 wojów, podległych arcykapłanowi. W świątyni znajdował się skarbiec Świętowita, będący właściwie skarbcem państwa Rugian. Po splądrowaniu (1067/1068) a następnie zniszczeniu (1125) Radogoszczy Arkona stała się najważniejszym miejscem kultu religijnego Słowian nadbałtyckich. Została zdobyta i zniszczona w 1168 przez króla duńskiego Waldemara I.


Radogoszcz (Retra) wymieniany również jako Radegost, Riedigost (niem. Redigast, Radigast, Rethra) – główny ośrodek polityczny Redarów oraz centrum kultu Radogosta-Swarożyca; współcześnie Alt Rehse – wieś w Niemczech k. Neubrandenburga (Meklemburgia-Pomorze Przednie), nad jeziorem Tollensesee.

Znany z opisów niemieckich kronikarzy:

* w XI wieku – Thietmara z Merseburga i Adama z Bremy,
* w XII wieku – mnicha Helmolda z Bosau (Slawenchronik w oparciu o relacje Adama z Bremy).

Najdokładniejszy opis grodu, a przede wszystkim świątyni, pochodzi z kroniki Thietmara:
Jest w kraju Redarów pewien gród o trójkątnym kształcie i trzech bramach doń wiodących, zwany Radogoszcz, który otacza zewsząd wielka puszcza, ręką tubylców nie tknięta i jak świętość czczona. Dwie bramy tego grodu stoją otworem dla wszystkich wchodzących, trzecia od strony wschodniej jest najmniejsza i wychodzi na ścieżkę, która prowadzi do położonego obok i strasznie wyglądającego jeziora. W grodzie znajduje się tylko jedna świątynia, zbudowana misternie z drzewa i spoczywająca na fundamencie z rogów dzikich zwierząt. Jej ściany zewnętrzne zdobią różne wizerunki bogów i bogiń – jak można zauważyć, patrząc z bliska – w przedziwny rzeźbione sposób, wewnątrz zaś stoją bogowie zrobieni ludzką ręką w straszliwych hełmach i pancerzach, każdy z wyrytym u spodu imieniem. Pierwszy spośród nich nazywa się Swarożyc i szczególnej doznaje czci u wszystkich pogan. Znajdują się tam również sztandary (stanice), których nigdzie stąd nie zabierają, chyba że są potrzebne na wyprawę wojenną i wówczas niosą je piesi wojownicy. Do strzeżenia tego wszystkiego z należytą pieczołowitością ustanowili tubylcy osobnych kapłanów.


Kalendarium

* 957 – cesarz Otto I prowadzi wyprawę przeciw Redarom,
* 965 – pierwsza pisana wzmianka o okolicy,
* 1002 – Thietmar, biskup merseburski w swojej kronice opisuje gród (Redigast lub Radigast), gdzie Redarowie oddawali cześć Swarożycowi,
* 1018 – powstanie Obodrzyców pod wodzą kapłanów z Retry,
* 1066 – zryw plemion Związku Wieleckiego; rzekome złożenie w ofierze Radogostowi głowy schwytanego biskupa meklemburskiego Jana (Johannesa),
* zimą 1067 na 1068 – biskup Burchard z Halberstadt prowadzi wyprawę wojenną przeciw Wieletom, zdobywa i pustoszy kraj Redarów (w tym Retrę) i powraca do Saksonii na świętym rumaku Swarożyca,
* 1125 zburzenie grodu przez wojska króla niemieckiego Lotara III Saskiego

Świętowit (na zdjęciu posąg wykopany ze Zbrucza, znajdujący się w muzeum w Krakowie).(nazwy połabskie: Svątevit, błędnie Światowid; w źródłach Zvanthevith, Sventevith – w bezpośrednim tłumaczeniu Pan Świętej / Nadprzyrodzonej Mocy) to główne bóstwo czczone przez plemię Słowian połabskich – Ranów zamieszkujące na Rugii w grodzie Arkona. Relacja duńskiego kronikarza, Saxo Grammaticusa zawarta w dziele Gesta Danorum podaje, że w tamtejszej świątyni przedstawiać boga miał posąg olbrzymiej, człekopodobnej istoty o czterech twarzach. W prawej ręce trzymać miał róg, który kapłan podczas świąt napełniał winem w celu odprawienia wróżb. Uważany za boga najwyższego – pana niebios, także lasu, słońca, ognia, urodzaju i prawdopodobnie wojny. Pewne elementy posągu w Arkonie mają swoje ścisłe odpowiedniki w słynnym idolu zbruczyńskim (znalezionym w 1848 r.), który obecnie znajduje się w Muzeum Archeologicznym w Krakowie.


O POLAKACH W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ.


Dzielni i pachnący


Oczywiście, mamy żal do społeczeństw zachodnich, iż nie doceniły wkładu naszych bohaterów w zwycięstwo wojenne, ba – często o nim po prostu nic nie wiedziały. Ostatni przykład: Lynne Olson i Stanley Cloud, oboje znani dziennikarze amerykańscy, którzy napisali właśnie książkę o pilotach z Dywizjonu 303 pod wymownym tytułem „Kwestia honoru”, przyznali, że zanim zabrali się do dzieła, nigdy nie słyszeli o udziale Polaków w Bitwie o Anglię.

Dziś, gdy przeglądam jakąkolwiek książkę wojenną, zwłaszcza zachodnią, jak maniak sprawdzam czy oddaje honor naszym. Cóż dopiero książka o Monte Cassino! 456-stronicowa praca Matthew Parkera (autora „The Battle of Britain”) zachowuje pełną pod tym względem wrażliwość i autor powinien być nad Wisłą przyjęty z pełnym szacunkiem. O Monte Cassino toczyły się cztery osobne wielkie bitwy, zginęło tam ćwierć miliona żołnierzy, Parker oczywiście opisuje wysiłek wszystkich – od Kanadyjczyków po Nowozelandczyków i Gkhurów.

Przyznaje jednak, że Polacy mają w tej historii miejsce szczególne; kreśli na kilku stronach nieznaną zachodniemu czytelnikowi drogę żołnierzy polskiego Drugiego Korpusu przez głód i mróz Syberii, ewakuację do Iranu, obozy w Palestynie, walki w Tobruku aż do kampanii włoskiej. Polacy nie przypominali w niczym Brytyjczyków; jeden z nich tak wspomina: „Dziwni to byli żołnierze, czyści, przystojni i pachnący perfumami. Palili papierosy przez długie fifki i zadali sobie trud opanowania włoskiego. Miejscowe kobiety traktowali z dużym wdziękiem, co na signorinas robiło wielkie wrażenie. Przy całym swym uroku, Polacy byli nieustraszeni i dzielni, co miało się potwierdzić w kolejnych tygodniach”.

Ich brytyjscy koledzy z 8 Armii (w jej skład wchodził polski korpus) wojnę traktowali na luzie, stąd inny odnotowany aspekt podziwu: Polacy, zdaniem żołnierza brytyjskiego, wojnę traktowali ze śmiertelną powagą, „ich motywacja była tak prosta jak oni sami… chcieli tylko zabijać Niemców i nie dbali o nic innego”. Wzruszający jest też w książce Parkera moment chwały, kiedy 26-letni porucznik Kazimierz Gurbiel z 12 Pułku Ułanów Poznańskich wchodzi z patrolem w ruiny potężnego klasztoru i – ponieważ nie ma polskiej flagi – wywiesza pośpiesznie proporzec pułku, sztukowany z podartych materiałów. Hejnał mariacki, odegrany na miejscu, pobudza łzy tych zatwardziałych w bojach żołnierzy, tak przywykłych do codzienności śmierci.

Autor odnotowuje też, że w 1983 r. w telewizyjnym programie nadanym w RFN twierdzono, że tamten polski patrol zamordował trzech rannych niemieckich spadochroniarzy, którzy się poddali. Oskarżenie wywołało skandal międzynarodowy. Dwa lata później usłyszał o tym jeden z rannych Niemców, Robert Frettloehr, i skontaktował się z polskim stowarzyszeniem kombatantów w Niemczech, by na piśmie zaprzeczyć temu oszczerstwu. Gurbiel i Frettloehr spotkali się potem na wzgórzu w 45 rocznicę bitwy jak przyjaciele i obiecali spotkać ponownie, lecz tak już nie miało się stać. Por. Gurbiel zmarł w 1992 r., a jego pogrzeb w Przemyślu był skromny, bez kompanii honorowej. „Takie było odejście oficera dowodzącego, którego ludzie jako pierwsi żołnierze sił sojuszniczych weszli do klasztoru Monte Cassino” – stwierdza melancholijnie autor.

Książka jest relacją imponującego żołnierskiego trudu i sprawozdaniem z wielkiej ofiary. Autor przeprowadził ponad sto szczegółowych rozmów z żyjącymi weteranami tej „najcięższej bitwy II wojny światowej”; prawie wszyscy rozmówcy, osiemdziesięciolatkowie, byli w tamtej kampanii ranni. Z konieczności więc zagadnienia strategiczne zajmują w niej skromne miejsce. Ale oczywiście nie mógł autor nie zadać kilku pytań o sens tej ofiary. Jego przewodnikiem w ocenie był historyk II wojny światowej J.F.C. Fuller, który był zdania, że żadna inna kampania w całej historii wojen nie była tak „pozbawiona sensu strategicznego i wyobraźni taktycznej”. Fuller wini za to Churchilla, autora ataku na „miękkie podbrzusze Europy”, który w założeniu chciał Europie oszczędzić wyzwalania przez Rosjan i może nawet dotrzeć do Polski, sojusznika, który go nie opuścił od pierwszego dnia wojny. Ale nawet takiej koncepcji nie realizowano konsekwentnie. Już po zdobyciu Rzymu (4 czerwca) kampania utknęła. Operacja Anvil (lądowanie sojuszników w Prowansji w połowie sierpnia 1944 r.) zabrała najwartościowsze dywizje z 5 Armii i położyła kres nadziejom Churchilla, by po wyjściu z włoskiego buta skręcić szybko na zachód i przez Lubljanę dojść do Wiednia przed Rosjanami. Nie mówiąc już o Warszawie. Zresztą wszystko to było za późno. 18 maja por. Gurbiel wszedł do ruin klasztoru Monte Cassino, 1 sierpnia w Warszawie wybuchło postanie, a dywizje 5 Armii tkwiły jeszcze na Linii Gotów, niemieckich umocnieniach górskich na północ od Florencji, i nie przełamały ich aż do kwietnia następnego roku, kiedy Rosjanie byli już pod Berlinem.
Marek Ostrowski

Źródło artykułu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s