Radogost – inwazja na Rzym

Roma inwazja na Rzym


WSTĘP. Przyjęło się uważać, że pierwszymi przejawami wojen na tle religijnym (jeżeli nie liczyć różnych utarczek np. w starożytnej Grecji o dostęp do miejsc świętych) były chrześcijańskie krucjaty z XI wieku przeciw bliskowschodnim muzułmanom. A jednak, mocno zastanawiającym jest przypadek z V-go wieku naszej ery, który opiszemy w niniejszym eseju. Na jego podstawie można by wysnuć nieśmiało hipotezę, że pierwszymi, którzy wyruszyli na wyprawę wojenną przeciw innowiercom do ich własnego kraju byli… pogańscy Germanowie z terytoriów między Renem a Wisłą.

„Uuufffff!” – słychać już sapnięcie ulgi z ust zagorzałych obrońców chrystusowej wiary – „więc to jednak nie my zaczęliśmy! Więc jednak jesteśmy w tym aspekcie czyści”. Cóż… w ramach poniższego tekstu nie jest moim zadaniem udowadniać kto był pierwszy, a co za tym idzie – kto był lepszy czy gorszy i od kogo. Tego rodzaju światopoglądowe dyskusje należą do sfery religii, etyki, filozofii… tymi jednak nie będę się zajmował w ramach tej pracy, chyba, że pod kątem historycznym. Esej ten jest próbą nie tyle rekonstrukcji pewnych wydarzeń mających miejsce na początku V-go wieku, co raczej przypisania im innego znaczenia niż dotychczas prezentowane w naukowych rozważaniach. Nie jest to bynajmniej praca zakończona i z całą pewnością jeszcze wiele z przedstawionych poniżej hipotez i interpretacji danych historycznych może się zmienić.



Kolovrat


Pamiętajmy przy tym, że nie powinniśmy oceniać tego wydarzenia w tych samych kategoriach, co wyprawy krzyżowe, gdyż:po pierwsze: do zasad, które zdecydowanie odróżniają religię chrześcijańską od wielu innych należą: miłość (nawet do nieprzyjaciół), przebaczenie, pokora, zakaz traktowania pewnych przedmiotów, a nawet osób jako świętych, czyli jako szczególnego pośrednika do kontaktów z Bogiem. W tym kontekście użycie przemocy dla zbawienia siebie i bliźniego, jest wyraźnym zaprzeczeniem idei przekazywanych w ewangeliach.

Z drugiej strony – nie były to idee świata pogańskiej Europy (w większym lub mniejszym przybliżeniu, bo był to świat zróżnicowany). Dla pogańskich Germanów liczyła się siła, chwała zdobyta w walce, dzielność, wytrwanie w najbardziej niesprzyjających warunkach, poskromienie (najlepiej zbrojne) wrogów, a zwłaszcza takich, którzy narażają bezpieczeństwo rodziny i całego plemienia. Jeżeli dziś większość z nas uważa, że krucjaty (albo też szerzej: wojny religijne) były czymś złym w ogóle, to dzieje się tak dlatego, że mentalnie jesteśmy spadkobiercami filozofii chrześcijańskiej i humanistycznej. Ale filozofie przemijają wraz z cywilizacjami, którym służą, a niekiedy nawet szybciej. Wyprawa germańska o znamionach wojny pogan przeciw chrześcijanom nie łamała religijnych praw pogan, ale wręcz przeciwnie – wypełniała je! Nie można tego samego powiedzieć o wyprawach krzyżowych w stosunku do religii wyznawanej przez jej uczestników…

Po drugie: nie sądzę, aby pojęcie wojny religijnej (pod jakimkolwiek terminem) było znane kulturom tradycyjnym w przedchrześcijańskiej Europie. Nie znam takich przypadków, aby jedno plemię napadało na drugie tylko dlatego (albo także dlatego) aby narzucić im swoją wiarę. Tym bardziej opisany poniżej przypadek zasługuje na szczególną uwagę. Wydaje się bowiem, że ten jedyny w swoim rodzaju zryw pogański, gdzie ludzie z różnych plemion, o różnych zwyczajach religijnych zjednoczyli się na krótko przeciw rzymskim katolikom był wyrazem obrony ich dotychczasowego sposobu życia przeciwko zazdrosnemu i nie znoszącemu konkurencji Bogu, którego apostołowie nakłaniając do chrześcijaństwa coraz to nowe ludy na zawsze zmieniali obraz naszego kontynentu.

Wreszcie po trzecie: przyjmując nawet opinię, że chrześcijaństwu zawdzięczamy cywilizację oraz jej stały rozwój, co wg niektórych osób miałoby usprawiedliwiać ewentualne nieetyczne postępowanie w pewnych przypadkach, powinniśmy się zastanowić, czy taka cywilizacja pogańska nie tworzyła się właśnie w tamtym okresie bez ingerencji innych religii i państw, choć jednocześnie przy ich znaczącej roli? Jest to raczej temat do innych rozważań, ale niektóre elementy tej budowy starego świata wg nowych zasad można będzie dostrzec również w tym eseju.

Pytaniem nadrzędnym, które sobie stawiam w niniejszym tekście jest: Czy inwazja ludów germańskich pod dowództwem Radagaisa w 405 roku na Italię była uderzeniem zwolenników staroeuropejskich religii wycelowanym w centrum chrześcijaństwa (a konkretnie – katolicyzmu)?

Moim zdaniem, choć nie ma na dzień dzisiejszy jasnej i pełnej odpowiedzi na to pytanie, to jednak z dużym prawdopodobieństwem można sądzić, że tak właśnie było.

A oto moje argumenty…

CO SIĘ STAŁO W ROKU 405

Rok 405 naszej ery nie przyniósł dla Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego długo wyczekiwanego ukojenia. Ledwie Stylichon – wódz rzymski pochodzenia prawdopodobnie wandalskiego – wyparł Wizygotów Alaryka z terenów obecnych Włoch, ledwie powstrzymani zostali Wandalowie i Swebowie rabujący północnoalpejską prowincję Recję, a już pojawiło się nowe, znacznie większe zagrożenie. Poprzez sąsiadujące z Recją Noricum, a następnie przez Alpy przedostała się na teren północnej Italii niewyobrażalnie wielka armia barbarzyńców siejących śmierć i pożogę. Z pozoru to kolejna wyprawa żądnych łupów ludów Germanii lub Scytii, a jednak… była to jedyna w swoim rodzaju wyprawa pogan z Europy Środkowej przeciwko chrześcijańskiemu Rzymowi.

Można odnaleźć tej wojnie co najmniej dwie bardzo wyjątkowe cechy zasługujących na naszą uwagę.

Po pierwsze niezwykła wręcz liczebność barbarzyńców. Różni świadkowie podawali liczbę od 200.000 do 400.000 ludzi! Nawet jeśli przyznać rację tym naukowcom, którzy twierdzą, iż były to szacunki zdecydowanie zawyżone, to jednak świadczyć to może o ataku na niespotykaną dotychczas skalę. Dla porównania podajmy, że liczebność wojsk barbarzyńców we wcześniejszych najazdach różnych plemion podawano w wielkości 30.000 do 50.000. Jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej utrata przez Wizygotów w walce 5.000 wojowników uznawana była za niezwykle dotkliwą i wyczerpującą niemal w całości siły tego plemienia. Wojska Markomanów w okresie ich największej świetności liczyć miały około 200.000 pieszych oraz kilka tysięcy jazdy. W tym przypadku trudno zawyrokować, czy autor przekazu miał na myśli plemiona, które uciekły od Rzymian pod opiekę Marboda, czy może wszystkie ludy, które znalazły się pod jego rządami (chcąc tego lub nie).

U zarania dziejów germańskich w świadomości rzymskiej najazd Cymbrów i Teutonów liczono na 100.000 ludzi. W tym przypadku co prawda mamy pewność, że wojska te przybyły razem ze swymi rodzinami, ale dla starożytnych historyków liczyli się prawie wyłącznie mężczyźni i to mężczyźni – wojownicy. Trudno byłoby znaleźć przypadek zajmowania się losem kobiet czy dzieci, albo ich liczenia! Wreszcie – większą liczbę wojska niż liczyła sobie wyprawa na Italię z roku 405-go zebrał jedynie Attyla kilkadziesiąt lat później, a liczebność jego armii oceniano na 300 do 700 tysięcy w różnych źródłach.

W napastnikach z roku 405-go rozpoznawano Gotów, co również przysparza naukowcom nie lada kłopotu. Przede wszystkim ówcześnie liczba nawet 100.000 nijak się ma do któregokolwiek ludu gockiego, czy to Wizygotów czy też Ostrogotów*. O Wizygotach zresztą wiadomo było, że siedzieli pod wodzą Alaryka na Bałkanach, zachowując neutralność wobec tego ataku. Zatem ukuta została teoria, że sprawcami byli Ostrogoci buntujący się przeciwko dominacji Hunów oraz ludy czujące się zagrożone ekspansją tych ostatnich, czyli m.in. Wandalowie, Swebowie, Burgondowie, i zapewne wiele innych. Nie trudno też zauważyć, że wymienione wyżej plemiona zostały wyselekcjonowane na podstawie ich ataków na imperium w bardzo zbliżonych datach do roku 405.

Pewną nieporadność wśród historyków budzi fakt, iż materiały źródłowe przekazały nam niezwykle mało wiadomości o tej wojnie. Jednakże to czego możemy się z nich dowiedzieć jest bardzo inspirujące.

Wiemy chociażby, że tą ogromną armią dowodził niejaki Radagais, który sam będąc poganinem zaprzysiągł sobie zniszczyć centrum chrześcijaństwa – Rzym. Podobno też pojmanych jeńców składał w krwawych ofiarach na cześć – jak to określili łacińscy dziejopisarze – Jupitera. To właśnie jest druga bardzo ważna cecha wyróżniająca tą napaść barbarzyńców na Imperium Rzymskie od wszystkich innych. Nigdy bowiem wcześniej, ani też nigdy później nie zdarzyło się by poganie europejscy z takim wielkim impetem toczyli wojnę religijną przeciwko chrześcijaństwu.

Dodajmy: zjednoczeni (jak wiele na to wskazuje) poganie z różnych plemion. Wszystkie napaści ludów spoza granicy cesarstwa miały zdecydowanie charakter łupieżczy (dla zdobycia bogactw lub żywności w czasach głodu), albo też stały za nimi roszczenia do ziem, danin i tytułów. Jeżeli w trakcie którejś inwazji barbarzyńskiej dochodziło do mordowania Rzymian, jak w przypadku postępowania jednego z burgundzkich władców czy nawet gockiego Gainasa, to bardziej chodziło o chęć dokonania zemsty na cesarstwie za zdradę i opuszczenie jego sojuszników. Zdecydowanie wyróżniającym się w tym tłumie zdaje się być Radagais, który oprócz rabunków realizuje też pewną ideę, wizję, chciałoby się powiedzieć: „misję”, której celem tym razem nie jest ani ziemia, ani tytuły, ani nawet władza. Nie sposób go było przekupić podarkami, jak to często robił Rzym przed i po jego napaści. I chyba to najbardziej przerażało ówczesnych mieszkańców Italii…

SKĄD POCHODZIŁ RADAGAIS… (…I CZEMU RACZEJ NIE BYŁ OSTROGOTEM)

Ostatnio w literaturze historycznej zdaje się dominować pogląd, że Radagais, o ile w ogóle rzeczywiście był Gotem, to wywodził się z Ostrogotów. W tym czasie sytuacja geopolityczna wyglądała mniej więcej następująco. Potężny za czasów Hermaneryka, ale i teraz liczebny oraz znaczący lud Ostrogotów zamieszkiwał tereny położone na północ od dolnego Dunaju. Znajdowali się oni tym samym w strefie wpływów Hunów.

Mniej wówczas znaczące i mniej liczne plemię Wizygotów przekroczyło już granice rzymskie domagając się pozwolenia na osiedlenie, a w zamian proponując własnych wojowników jako cesarskich najemników na czas wojen. Imperium z różnych powodów nie było w stanie wywiązać się do końca z tego układu, co zaowocowało licznymi walkami. Militarnie rzecz biorąc Wizygoci nie osiągali większych sukcesów, ale w tamtym okresie wszczynane przez nich niepokoje i tak bardzo doskwierały cesarstwu.

Hunowie siedzieli w Panonii skąd rozciągali swe panowanie nad ludami Europy Wschodniej i częściowo Centralnej tworząc przeciwwagę dla potęgi Rzymu i Bizancjum. Wiele spośród najazdów barbarzyńców na cesarstwo mogło być w istocie wynikiem naporu tego azjatyckiego plemienia. W orbicie wpływów huńskich znajdowali się nie tylko Ostrogoci, ale również Gepidowie (ci, którzy przybyli do Panonii), sarmaccy Alanowie, część Wandalów, która prawdopodobnie odłączyła się od swoich ziomków i szukała szczęścia w Panonii, podobnie część Swebów oraz wiele innych, które nie będą nas interesowały w tym eseju.

Zatem przyjęło się ostatnio uważać, że najazd Radagaisa na Italię był właśnie wynikiem przedstawionej wyżej sytuacji. Radagais miałby być jednym z możnych ostrogockich, a może nawet książąt, który wywołał antyhuńskie powstanie różnych ciemiężonych przez tych post-azjatów plemion. W ten sposób można (wg pewnych historyków) wytłumaczyć:

Po pierwsze – gockie pochodzenie Radagaisa, o którym wspominają źródła pisane.

Po drugie – niebywałą liczebność jego wojsk (bazując na poglądzie, że Europa środkowa została niemal zupełnie wyludniona, a jej mieszkańcy tuż przed najazdem Hunów zbliżyli się do granic Rzymu, czyli automatycznie dostali się następnie w strefę wpływów przodków Attyli).

Po trzecie – determinację zwolenników Radagaisa.

Po czwarte – udział Hunów pod wodzą Uldina w tłumieniu tegoż „powstania”.

Zwolennicy tej teorii zdają się jednak nie zauważać, że rodzi ona kolejne pytania i czyni fakt wtargnięcia ogromnej hordy barbarzyńców jeszcze bardziej zawiłym. W świetle tej tezy pojawiają się bowiem nowe problemy: dlaczego rzekome „powstanie” antyhuńskie skierowane było nie przeciwko Hunom, ale Rzymowi?

Żadne źródło nie podaje przecież, żeby wiadomo było o jakichś wielkich walkach tuż za granicami imperium, albo że w wyniku upadku powstania wielu jego zwolenników musiało szukać schronienia na terenach cesarstwa. Zresztą trudno mówić o klęsce takiej ewentualnej rebelii, skoro tych niby „uchodźców” liczyć należałoby w setkach tysięcy co znacznie przewyższało możliwości mobilizacyjne Hunów!!!

Zakładając nawet, że istotnie mielibyśmy do czynienia z jakąś dziwną formą antyhuńskiego oporu wyrażającą się w tym, że kolosalnej wielkości armia próbuje wymusić na cesarstwie ustępstwa terytorialne, to czemu nie kieruje się na Bałkany, w najbliżej położone rzymskie dominium? Ewentualnie do Galii, jeżeli przyjąć, że walki o Recję w roku 404 były preludium do działań Radagaisa. Podobnie przecież zrobił przed laty Alaryk na czele Wizygotów.

Tymczasem Radagais i jego coraz dziwniejsza „rezurekcja” skierowali się przez Recję, Noricum i Alpy (co musiało być niełatwe i co najeźdźcom udawało się tylko 2 lub 3 razy na przestrzeni wcześniejszych dziejów Rzymu!), następnie ku wybrzeżom Adriatyku i dalej – jak podają źródła – przez Florencję ku stolicy! To nie wygląda jak próba wymuszenia na cesarzu objęcia ich imperialnym parasolem ochronnym, ale raczej uderzenie w serce wroga, lub przynajmniej zakrojona na wielką skalę wyprawa łupieżcza.

Na Rzym uderzali też inni wodzowie barbarzyńscy, m.in. wspomniany już Alaryk, ale jego położenie zarówno polityczne, jak i umiejscowienie geograficzne znacznie różnią się od radagaisowego rajdu z głębi (jak będziemy dalej udowadniać) Germanii. Obaj przywódcy różnili się też pobudkami swych działań jak na tamte czasy Rzymianie posiadali całkiem niezłe informacje wywiadowcze, żywo interesując się tym, co się dzieje zarówno w ich własnym państwie, jak i u jego sąsiadów.

Jak to się stało, że najazd Radagaisa był dla nich jednak zaskoczeniem, skoro siedziby Ostrogotów znajdowały się nie tak daleko od ich granic? Nie sposób nie zauważyć ruchów blisko 400.000 ludzi (liczby w starożytności niewiarygodnie olbrzymiej), tym bardziej, że musiałoby temu towarzyszyć też znaczne poruszenie wśród pilnie obserwowanych Hunów dlaczego tak mocno akcentowana jest w przekazach pisanych pogańskość Radagaisa, składanie przez niego ofiar bogom i jego antychrześcijańskie nastawienie?

Przecież Wizygoci pod koniec IV wieku przeszli na arianizm? Panońscy Gepidowie także byli Arianami blisko już jedno pokolenie. Również Ostrogoci znali tą wiarę od wielu lat, a ponadto wśród nich można było też znaleźć sporo katolików, zwłaszcza na Krymie. Katoliccy biskupi cesarstwa robili wyraźne rozróżnienie między Alarykiem i jego Wizygotami, którzy całkiem niedawno dali się mocno we znaki imperium, a gromadami Radagaisa.

Ten pierwszy mimo swoich prowadzonych z Rzymem wojen, a także mimo tkwienia w „błędach” arianizmu, jest w pozytywnym znaczeniu wyraźnie przeciwstawiany „księciu demonów” i „prawdziwemu Scycie”, jak pisano o Radagaisie. Jeżeli nawet przyjąć, że Radagais był po prostu jednym z Ostrogotów, którzy ariańskiego chrześcijaństwa (jeszcze?) nie przyjęli, to choćby z uwagi na odprawiane przez niego ofiary bogom, a także cel w postaci zniszczenia Rzymu (centrum chrześcijaństwa) – dlaczego taka idea zjednała mu zwolenników np. wśród (jak się zwykło uważać) zamieszkałych w okolicach Panonii Wandalów wyznających arianizm w sposób szczególnie surowy?

Wreszcie kontrowersyjna jest też wielkość i znaczenie udziału Hunów pod wodzą Uldina w rzekomym „tłumieniu rebelii” Radagaisa na terenie cesarstwa. Nie wydaje się bowiem, aby pomoc udzielona prze Hunów była wystarczająco duża w stosunku do zagrożenia, jakie mogłaby nieść za sobą tak wielka migracja połączona z próbą oderwania się od ich wpływów. Jeśli taka masa ludzi zbuntowałaby się przeciw huńskiej władzy, to czy w interesie Hunów nie było uderzenie z całą mocą na buntowników? Skoro nawet walki przeniosłyby się na tereny cesarstwa, czy koczownicy-tyrani nie zaoferowaliby znacznie większych sił do tłumienia tego niby powstania? Co ich powstrzymywało? Chyba nie obawa, przed pozostawieniem swoich ziem bez należytej ochrony, skoro (wg historyków) od północy mieli oni wielkie pustkowia, zaś z ich własnego dominium bardzo wielu ludzi (zapewne głównie zbrojnych mężczyzn) po prostu się wyniosło podążając za Radagaisem­?

Rzymianom natomiast brakowało wojsk dla powstrzymania tak licznej ofensywy. Przeciw 200-400 tysiącom (wg różnych szacunków z tamtego okresu) przywódca wojsk rzymskich Stylichon mógł wystawić raptem 30.000 żołnierzy z wielkim trudem uzbieranych m.in. przez wcielanie do armii niewolników. Stylichon miał też do dyspozycji oddziały Alanów, wspomnianego już wodza huńskiego Uldina oraz niewielką zapewne ilość Wizygotów stojących przy niejakim Sarusie, który to wówczas na własną rękę i wbrew Alarykowi prowadził swoją osobistą, pro-rzymską politykę. Niewiele wiemy o liczebności wojowników huńskich czy wizygockich po stronie imperium w tej kampanii. Wiemy jednak, że obaj sprzymierzeńcy – Sarus i Uldin – byli przedstawieni w tekstach źródłowych w sposób sugerujący ich bardzo zbliżoną pozycję.

Zatem można domniemać, że ich wkład w przysporzenie Rzymianom sił był w tym czasie podobny. O Sarusie wiemy też, że kilka lat później trzymało się z nim około 300 ludzi, a u schyłku jego życia – 18-tu. Należałoby więc przypuszczać, że liczebność jego szeregów stopniowo malała. A pomimo, że wskazuje to na znacznie większą ilość wojowników w jego oddziale w czasach walk z Radagaisem, to nie sądzę, aby była ona równa choćby piątej części wojsk rzymskich. To z kolei wskazuje, że i wielkość armii Hunów nie mogła być też imponująca*.

Wypada zaznaczyć, że określenie „Scyta” w ówczesnym cesarstwie, gdzie nie tylko w jego wnętrzu uznano chrześcijaństwo za religię państwową, ale również spora ilość europejskich sąsiadów wyznawała religię chrystusową (choć często w „błędnej” interpretacji Ariusza) było synonimem „poganina”. Scytowie, których częścią byli Sarmaci, zamieszkiwali niegdyś stepy Europy Wschodniej, zatem z dala od rzymskiego dominium. To dodatkowo uwidacznia, że w pojęciu ówczesnych Rzymian oprócz pewnej grupy jeszcze nieuświadomionych mieszkańców cesarstwa oraz jego sąsiadów, poganie zasadniczo mieszkali daleko od granic imperium, a przynajmniej dotyczyło to sporej części ludów zadunajskich.

Radagais (Radogost) składał krwawe ofiary bogom, a szczególnie chyba jednemu, którego rzymscy katolicy przyrównali dla jakiejś przyczyny do Jupitera. Podobno naszego Scytę cieszyć miała krew chrześcijan, zaś jego najważniejszym celem było zniszczenie ich centrum, tj. samego Rzymu. Jakoś to wszystko nie bardzo pasuje do Ostrogotów, których – jak można śmiało domniemać – spora część przeszła już na arianizm lub nawet katolicyzm. Pamiętajmy chociażby, że kiedy Teodoryk Wielki, najświetniejszy obok Hermaneryka władca Ostrogotów, zaproponował katolickim członkom swego ludu, mieszkającym na Krymie przyłączenie się do wyprawy na Italię – i to wcale nie w celu zniszczenia Rzymu lub też obalenia chrześcijaństwa – ci uprzejmie podziękowali za taką propozycję.

Dlaczego więc katolicy mieliby się przyłączyć do arcypogańskiego Radagaisa, skoro nie przyłączyli się do swych ariańskich pobratymców? A dlaczego też sami arianie mieliby wyruszyć na tą iście antychrześcijańską w ogóle eskapadę? Przecież fenomen Radagaisa polegał prawdopodobnie w przeważającej mierze na jego zaangażowaniu w kult pogański, a składane przez niego krwawe ofiary w świadomości wielu mieszkańców Italii przysparzały mu sympatii bogów i czyniły niezwyciężonym.

CZEMU MÓGŁ POCHODZIĆ… ZNAD WISŁY?

Jest kilka ważnych powodów, dla których sądzę, że mamy do czynienia z inwazją pogańskich ludów Europy Środkowej, zamiast mało przekonującej rebelii podległych Hunom plemion pod ostrogockim przewodem. Powyżej przedstawiliśmy rodzące się wątpliwości wobec ostrogockiej teorii Radagaisa. W jej miejsce proponuję teorię bałtycką, do której skłaniałby się także Gibbon. Przemawia za tym kilka następujących powodów:
Zosimos, autor jednego z dwóch podstawowych źródeł o ataku Radagaisa na Italię informuje nas o koncentracji wojsk germańskich nie tylko za Dunajem, ale również na linii Renu. Zatem były jakieś informacje wywiadu rzymskiego o ruchach wojsk za granicami Imperium, ale nie dotyczyły one Panonii. Ten argument bardzo poważnie obniża wartość dowodową teorii ostrogockiej, a jednocześnie bardzo dobrze komponuje się z faktami takimi jak:
Marszruta gockiego króla wiodąca z północy na południe, pogański charakter wojsk germańskich. Zaskoczenie, jakim ostatecznie i mimo pewnego zasobu informacji była inwazja. Udział ludów, które podejrzewa się o sojusz z Radagaisem (Wandalów, Swebów i Burgundów).

Kilka słów wyjaśnienia dla tego ostatniego podpunktu. Prawdą jest, że Wandalów i Swebów napotykamy również w Panonii i jej okolicach, gdzie nie tylko podlegali wpływom huńskim, ale też należy sądzić, że docierało do nich chrześcijaństwo. Wandalowie zamieszkali w tej okolicy stali się surowo przestrzegającymi zasad wiary arianami na kilka lat przed inwazją „prawdziwego Scyty” i „księcia demonów”. Ale siedziby Wandalów sięgały znacznie dalej i kończyły się gdzieś na Dolnym Śląsku lub też – jak spekulują inni – na zaodrzańskich Łużycach (Silingowie), gdzie wpływy Hunów były znacznie mniejsze, a chrześcijaństwa – prawie żadne, jak można przypuszczać.

Swebowie natomiast nigdy nie tworzyli jednolitego plemienia, ale raczej federację szczepów obejmującą w pewnym momencie znaczną część dzisiejszych Niemiec, trochę Polski, a także Czech. W ich skład wchodziło wiele ludów, a wśród nich także Markomanowie, którzy po okresie swojej dominacji w związku Swebskim doznali znaczącej porażki ze strony Rzymian i niedługo potem zawitali do północnej Panonii. Pamiętamy z rozdziału pt. „Gepedoios”, że do ostatecznego rozgromienia potęgi markomańskiego króla Marboda przyczynił się niejaki Catualda – rebeliant, który uzyskał militarne wsparcie od niewielkiego wówczas, ale silnego plemienia… Gutonów, czyli ojców późniejszych Gotów! Zatem Swebów można było odnaleźć zarówno w Panonii, jak też między Łabą a Odrą.

Trzeba też zaznaczyć, że nie mamy żadnej pewności o udziale tego, czy innego ludu po stronie Radagaisa. Historycy ze względu na niepospolicie wielką liczbę prowadzonych przez gockiego króla wojsk „wytypowali” niejako plemiona , które mogły wesprzeć go w tym przedsięwzięciu. Typowanie to objęło plemiona, które krótko przed inwazją z roku 405-go lub niedługo po niej w znaczący sposób niepokoiły cesarstwo swoimi atakami w tych okolicach, gdzie spodziewamy się, że Radagais przeprawił się przed Dunaj. Zatem chodzi o atak wandalsko-alański na Recję i Norikum w północnych Alpach, a także nieco późniejsze uderzenia na Galię znowu koalicji wandalsko-alańskiej oraz Swebów, a wreszcie Burgundów. Wymieniona powyżej koalicja istotnie wskazywałaby na Panonię, jako miejsce pochodzenia sojuszników Radagaisa, gdyż Alanowie nie zamieszkiwali terenów położonych bardziej na północ od tej krainy.

Należy jednak pamiętać, że panońscy Wandalowie nie byli jedynymi przedstawicielami swojego ludu w Europie Środkowej i że w podobnym czasie na wędrówkę ku zachodowi wyruszyli zarówno oni, jak też śląscy (łużyccy?) Silingowie, o których niepowodzeniach słychać wiele lat później na półwyspie Iberyjskim. O ich (tj. Silingów) pogańskości świadczyć może kult boga Flinsa odprawiany jeszcze podczas pobytu na terenie dzisiejszej Francji, a którego pozostałości podobno długo jeszcze były widoczne w okolicach Dolnego Śląska. Inaczej mówiąc – jeśli nawet ataku na Recję w roku 404 dokonali panońscy Wandalowie i Alanowie, to pamiętajmy, że nie musiało mieć to bezpośredniego związku z eskapadą Radagaisa w roku 405.

Drugim argumentem przemawiającym pośrednio za teorią bałtycką jest bardzo prawdopodobna (choć jak dotąd nie udowodniona ostatecznie) obecność szeroko rozumianych Gotów[1] nad dolną Wisłą, i to jeszcze po śmierci Attyli. Postarajmy się poprzeć niniejszy argument jakimiś dowodami: najistotniejszym dowodem jest tu relacja ze średniowiecznego poematu Widsith i wynikające z tego konsekwencje, o których wspomnimy nieco niżej.

Bardzo zbieżnym z Widsith źródłem jest również saga o Heidreku.
Nieco lżejszym, ale w szczególny sposób się komponującym dowodem jest nazwa nadawana przez Polaków wobec Prusów i Polesian oraz przez Litwinów wobec Białorusinów. Chodzi o nazywanie tychże plemion określeniem: Get, Geci. Zdajemy sobie sprawę, że w średniowiecznej i nawet późniejszej Europie wiele królestw rościło sobie tytuł „gocki” lub takim też określano jakiś bitny lud siedzący na terenach, przez które przechodzili kiedyś lub mieszkali Goci.

Niektórzy Słowianie bałkańscy próbowali wywodzić swoje korzenie od Gotów. Austriacy i Szwedzi uważali się również za potomków tego plemienia. Króla Jana III Sobieskiego po odsieczy wiedeńskiej nazywano gockim Marsem z uwagi na waleczność oraz tereny ówczesnej Rzeczpospolitej obejmujące obszary nad dolną Wisłą, gdzie mieszkali Goci i Gepidowie w początkowym okresie swej bytności po tej stronie Bałtyku. Jednak w przypadku Prusów, Polesian i Białorusinów mamy do czynienia z jednym bardzo ważnym faktem odnotowanym przez kronikarza Jordanesa.

Otóż dla powyższych podpunktów kluczową rolę mogą odgrywać Widiwariowie. Jordanes w „Historii Gotów” dwukrotnie wspomina o tym nowopowstałym plemieniu. Miało ono powstać po odejściu Gotów na południe. Z początku zajmowali tylko podmokłe, mało ciekawe z militarnego i gospodarczego punktu widzenia Żuławy, by następnie – po odejściu również Gepidów – przejąć ich wyspę znajdującą się na Wiśle, prawdopodobnie kępy grudziądzkie*.

Kluczowym motywem jest tu fakt, że Widiwariowie powstali jako zlepek wielu różnych plemion, zapewne tych rozbitych przez Gotów podczas walk o dolno-wiślańskie tereny, a więc przede wszystkim Ulmerugów, ale także tych, które nie wyruszyły w całości do nowych siedzib nad Morzem Czarnym i w Panonii, czyli najpierw jakiejś części Gotów, a następnie pokrewnych im Gepidów. Przyłączyć do związku mogli również bałtyjscy Estowie, oraz inne sąsiadujące ludy.

Do tego wszystkiego mamy Białorusinów, których kraina prawdopodobnie znajdowała się na drodze przemarszu Gotów nad Morze Czarne. Jordanes przytacza legendę, jakoby w tej drodze miał miejsce przypadek, kiedy to całe plemię przechodziło przez most lub kładkę na drugą stronę bagien. Most w pewnym momencie runął, co na zawsze rozdzieliło plemię gockie na dwoje. Podobno za czasów Jordanesa za wspomnianymi bagnami mieli jeszcze mieszkać potomkowie tamtych Gotów… Dodajmy, że Litwini nazywając Białorusinów Getami uważali ich jednocześnie za bardzo stary lud. Czyżby chodziło więc o bagniste Polesie? Myślę, że nie ma sensu w tym miejscu roztrząsać tego tematu. Istotnym jest to, że wg relacji gockiego kronikarza Jordanesa wielu Gotów nie dotarło do Morza Czarnego i osiedliło się gdzieś po drodze.

Tymczasem w średniowiecznym poemacie Widsith mamy do czynienia z kilkoma istotnymi informacjami. Poemat opowiada o niezliczonych i odległych podróżach jego autora.

Dowiadujemy się dalej o bohaterskich obrońcach starej ojczyzny Gotów, którzy zwycięsko przeciwstawili się hordom Hunów chcących zagarnąć coś, co można by przetłumaczyć jako „Wiślany Las”.

Określenie to bardzo wyraźnie nawiązuje do okolic dolnej Wisły, choć ostrożni badacze historii bronią się przed tego rodzaju sugestiami. Widsith wiele bowiem mówi również o Ostrogotach i ich władcy – Hermaneryku. Trudno byłoby jednak udowodnić, że między wybrzeżem Morza Czarnego a Bałtykiem istniała w tamtych czasach jakaś bliższa więź, tym bardziej, że miałaby ona dotyczyć pokrewieństwa sprzed wielu lat. Dlatego też narodził się pogląd, że owa stara ojczyzna Gotów położona w pobliżu Wiślanego Lasu to tereny związane z drugim (po wybrzeżu Bałtyku) miejscem postoju Gotów w drodze nad Morze Czarne. To miejsce należy wiązać zapewne z terytorium współczesnej Ukrainy zachodniej i częściowo Ziemi Lubelskiej i Chełmskiej. Wiązane jest to zatem z tzw. kulturą Przeworską, nazwaną tak od znalezisk archeologicznych w pobliżu Przeworska.

Jednak temu poglądowi należałoby przeciwstawić cztery zasadnicze fakty:

Po pierwsze trudno mówić o ważnym dla Gotów lesie nad Wisłą w miejscu, które oni sami w języku ojczystym nazwali Oium, czyli „błonia”, lub „żyzne błonia” jak tłumaczą to inni. Ta nazwa zdecydowanie bardziej pasuje do stepowych, a przy tym bardzo żyznych stepów ukraińskich, a nie do lasów w pobliżu Wisły.

Przy założeniu takiego właśnie położenia „starej ojczyzny” Gotów – Lasu Wiślanego należałoby szukać po zachodniej stronie zamieszkałej przez nich ziemi. Tymczasem saga o Heidreku wyraźnie precyzuje, że ów las (Mirkwood) dzielił ludy gockie od Hunów, Hunowie zaś zamieszkiwali na wschód i południowy-wschów od Gotów.

Po trzecie w miejscu jeszcze dawniejszego pobytu Gotów (tym bardziej zasługującego na miano ich starej ojczyzny), czyli nad dolną Wisłą mieszkali teraz Widi-wariowie, których nazwę z kolei często tłumaczy się jako „leśni ludzie”. Badania szaty roślinnej znad dolnej Wisły dotyczące tamtych wieków potwierdzają, że po okresie stosunkowo dużej ingerencji człowieka w gospodarkę leśną (głównie wypalanie lasów pod uprawy) następuje znaczny wzrost lesistości tej okolicy. Ale las sam w sobie nie powinien być jeszcze ostatecznym dowodem w tej sprawie…

Pewną dodatkową wskazówką może być przypadek wspomnianego wcześniej rebelianta Markomańskiego Catualdy[2]. To, co najbardziej przyciąga uwagę to jednak imię owego markomańskiego buntownika. Catualda, to tylko z pozoru miano nie związane ze światem germańskim. Jeżeli uwzględnimy tu oboczność takich liter jak U i V czy W oraz kwestię wymowy, a przez to możliwej utraty dźwięczności spółgłoski C (czytane jak K), to w wyniku takiej rekonstrukcji uzyskamy słowo: Gatwald-a, czyli Gotwald – Las Gotów, ewentualnie Leśny Got. Nie chodzi jednak prawdopodobnie o to, czy ówcześni Goci-Gotonowie żyli w lesie, czy też wypalali je dla pozyskania gruntów uprawnych. Istotnymi są pewne tożsamościowe elementy kultury danego ludu, silnie związane z religią i mocno oddziaływujące na legendy o genezie plemienia.

Dla zilustrowania powyższego zauważmy: wiemy skądinąd, że czczenie przez Germanów źródeł i lasów było bardzo powszechne. Wiemy też, że w tamtym czasie plemię Semnonów miało na swoim terenie święty las, gdzie stała podobizna ich Boga i skąd – według legend – wszyscy oni się wywodzili. Pozostałościami po takich miejscach jest chociażby germańskie imię Oswald (As-wald, czyli las boga). Catualda, czyli Gotwald to nazwa w podobny sposób wywodzona od świętego gaju związanego z bóstwem. Tym bóstwem był najprawdopodobniej Gaut (jest to zarazem jedno z wielu imion Odyna), od którego z kolei wywodzili swe pochodzenie amalscy władcy Ostrogotów oraz królowie inny plemion germańskich. Na marginesie dodajmy, że późniejsze germańskie (a stąd i angielskie) słowo oznaczające Boga w ogóle (God)* z dużym prawdopodobieństwem można wywodzić od tego właśnie najwyższegoprzedstawiciela nordyckiego Olimpu.

Zatem pewne pośrednie wzmianki o czymś takim, jak Las Gotów docierają do nas już z okresu wstępnego zasiedlenia przez ten szczep ziem na południowym wybrzeżu Bałtyku. Świętość tego lasu sugerowałoby imię boga Gauta, zwyczaje germańskie i jego waleczne obrona przed Hunami. Jego położenie nad Wisłą, a właściwie – jej dolnym biegiem, potwierdza informacja Ptolemeusza sytuująca Gotonów w zakolu tej rzeki niedaleko Morza Bałtyckiego. Wypisz – wymaluj: Ziemia Chełmińska, ewentualnie z częścią Pomezanii i Mazowsza**. Oprócz Ptolemeusza i Tacyta wsparciem mogą posłużyć też wspomniane już Widsith i saga o Heidreku.

W innym swoim tekście*** zaprezentowałem hipotezę, że wyspa na Wiśle, na której zamieszkali nazywając ją Gepedoios są najprawdopodobniej tożsame z okolicami Grudziądza, którego tereny również były niegdyś wiślaną wyspą. W każdym razie, jeśli Jordanes twierdzi, że w jego czasach, tj. w VI wieku miejsce to nowi wciąż tą samą nazwę, pomimo odejścia zarówno Gotów jak i Gepidów, to można się spodziewać, że wśród przybyłych (a raczej powstałych) na ich miejsce Widiwariów elementy post-gockie i post-gepidzkie odgrywały niepoślednią rolę.

Atak Hunów na okolice środkowej (bo można sądzić, że w czasach Hermaneryka i tam można było się spodziewać pozostałości Gotów), oraz dolnej – prawobrzeżnej Wisły byłby tym bardziej prawdopodobny, że całkiem niedaleko, być może we wschodniej Białorusi zostali umiejscowieni przez Jordanesa Akacyrowie, będący jednym z większych związków ludów huńskich.

Wróćmy jednak do informacji zawartych w poemacie Widsith… Utwór wymienia niezwykle wiele nazw plemion ówczesnej Europy i nie tylko. Wymienieni są nawet Ulmerugowie, których Goci rozbili jeszcze na początku naszej ery. Nie wspomina jednak o żadnych Witach, ani Widiwariach. Tu zwróćmy też uwagę, że również Jordanes nie wymienia takiego ludu jako zdobyczy Hermaneryka.

Za to w Widsith mowa jest o różnych odmianach tego, co mogłoby być podejrzewane jako tymczasowy sojusz Longobardów (a nawet Anglów) z innymi jeszcze nadbałtckimi plemionami, czyli tzw. Myrgingów. Wśród nich jest też mowa o niejakich Withmyrgingach. Czy jest to wystarczający dowód na to, aby dostrzec tu jakieś związki między tymi niewielkimi, ale stosunkowo silnymi, a przede wszystkim nieodległymi od siebie związkami plemiennymi? Sojusz? Zależność jednego od drugiego? A jeśli tak, to czy mamy uważać, że całe plemię Witów uzależnione było od Myrgingów, czy tylko jego część? A może należy to traktować jako objaw mieszanie się dwóch „kultur” na jednym obszarze… posługując się terminologią matematyczną: taki specyficzny „zbiór wspólny”? Pamiętajmy też, że w tamtych czasach królestwa rodziły się, osiągały wielkie rozmiary, a następnie upadały w niezwykle szybkim tempie. Być może w ramach tej okoliczności należałoby rozpatrywać owych With-Myrgingów jako chwilowo podbite i uzależnione państwo nadwiślańskich Gotów?

Zatem nieśmiało można się domyślać, iż Withmyrgingowie w pewien sposób tłumaczyliby nieobecność Witów/Widiwariów w Widsith. Co jednak z krainami podbitymi przez Hermaneryka? Czemu w Historii Gotów wg Jordanesa nie pojawia się jakaś wskazówka?

Wiele mówiąca podpowiedź kryje się być może pod imieniem jednego z największych gockich bohaterów zwanego Vidigoia. Był on również wyjątkowym przypadkiem wśród ówczesnych elit, gdzie niemalże wyłącznie członkowie rodów królewskich zasługiwali na wspaniałe tytuły – to im przypisywano najlepsze cechy, najniebezpieczniejsze przygody, to ich czyny wychwalano. Tymczasem Vidigoia nie był z rodu królewskiego. Ba! Nie był z nim nawet spokrewniony. Jak się przypuszcza, był uciekinierem przyjętym przez Hermaneryka i włączonym przez niego do jego dworu. Odznaczył się następnie niebywałą walecznością opiewaną jeszcze długo przez germańskich bardów. Jego imię również sugeruje przynależność do „ludzi lasu”, jak zauważają niekiedy historycy. Łatwo tu ponownie nawiązać do Widiwariów[3].

Dlaczego jednak zaufany człowiek samego Hermaneryka, jednego z największych władców swoich czasów musiał uciekać i nie mógł wrócić do (jak się domyślamy) Witlandu (do nazwy którego nawiązywało również jego imię), skoro wg wielu znaków (m.in. domniemane sąsiedztwo z plemieniem Myrgingów, które zapewne należałoby umiejscowić na konkretnym terenie, chociaż w różnych czasach) wchodził on w skład imperium ostrogockiego? Czyżby tak surowy władca, jakim był Hermaneryk, nie mógł wymusić na podbitym przez siebie ludzie nie tylko przyjęcie swego zaufanego człowieka z powrotem, ale jeszcze z pomocą wojska uczynienie z niego podległego mu władcy?

Otóż wszystko wskazuje na to, że Witland/Widiwaria był krajem stosunkowo niezależnym, sprzymierzonym z Ostrogotami, a nie podbitym przez nich. Zresztą noszone (prawdopodobnie) w tym czasie miano Withmyrgingów dodatkowo mogłoby sugerować, że dla zachowania swego bezpieczeństwa, jako mały kraj Witland wchodził w różne, niekiedy równoległe sojusze pozwalające im przetrwać ten niebezpieczny okres. Zatem Hermaneryk mógł uważać nadwiślańsko-nadbałtycki Witland jako swoje dominium i lenno, choć z tak dużą dozą autonomii, która pozwalała Witom zawierać też inne sojusze oraz prowadzić całkiem swobodnie własną politykę. Dlatego właśnie Vidigoia, znalazł miejsce przy władcy Ostrogotów, a mimo jego wpływów nie mógł powrócić do ojczyzny. Imię Vidigoia składa się z dwóch członów: Vidi – las, oraz goia, która to końcówka niemal do złudzenia przypomina nam brzmienie imienia… Rada-gais.

Zatoczyliśmy koło i oto znowu stajemy w tym samym miejscu, choć uzbrojeni informacjami o wydarzeniach tamtego okresu i płynącymi stąd wnioskami. Vidigoia, to podobnie jak w przypadku imienia Catualda/Gotwald oraz imion różnych (głównie ostrogockich) władców tamtego czasu nie tyle imię, co przydomek, dosyć dokładnie tłumaczący kim z punktu widzenia społecznego i etnicznego jest dana osoba. Gotwald, to ten, który schronił się wśród Gotów, skupionych zapewne wokół swego świętego gaju. Król Ostrogotów Vinitar to pogromca Wenedów, zaś Wandalar – pogromca Wandalów. Miano Vidigoia mogło brzmieć również Vidi-gast. Ten ostatni człon w języku Gotów oznaczał obcego, w pewnych okolicznościach również gościa, zatem przybysza. Vidi-goia / Vidi-gast, to ten, który jest „przybyszem z (kraju) lasu”, lub być może dokładniej: z kraju, gdzie rośnie święty las*.

Powyższa interpretacja prowadzi nas z kolei od Radagaisa do Radogosta… Choć to wydaje się niewiarygodne, to nasz słowiański Radogost może okazać się pozostałością z tamtego okresu. Jednak jest to również temat na zupełnie inną opowieść. Póki co w tym eseju zwróćmy tylko uwagę na części składowe tego imienia, tj. Rado-gosta i posłuchajmy jeszcze innych opowieści i legend powstałych po drugiej stronie rzymskiego „limesu”.

CO MÓWIĄ SAMI GERMANOWIE?

Z jednej strony błyskawiczna kariera ludów germańskich rwących na strzępy Imperium Romanum i zakładających w to miejsce własne królestwa oraz rozkwit ich własnej kultury (choć nie bez wpływów rzymskich) w Skandynawii i na Islandii z drugiej – przyczyniły się do popularyzacji utrwalania ustnie przekazywanych dotąd historii przy pomocy pisma. Nie od razu rzecz jasna – niektóre sagi spisane zostały dopiero w XIV czy XV wieku, a są też i późniejsze. Ta przestrzeń czasowa pomiędzy opisywanym okresem a datą jego opisania każe nam zachować pewną powściągliwość przy korzystaniu z takich materiałów jak właśnie sagi do celów historycznych, gdyż wiele z wątków i postaci mogło ulec daleko idącej mitologizacji. Pomimo tego jest to jednak źródło, którego nie podobna lekceważyć przy badaniach historycznych.

Co zatem mówią sami Germanie poprzez sagi o swojej przeszłości i co może być pomocne dla rozważań nad naszym zagadnieniem wojny pogańsko-chrześcijańskiej prowadzonej przez niejakiego Radagaisa?

Kluczową rolę odgrywa tu Saga o Heidreku. Spróbujmy ją streścić.

Na terenach dzisiejszej Rosji żył sobie król Svarvlam – wnuk Odyna. W niezwykłych okolicznościach wszedł on w posiadanie cudownego miecza, któremu nadał imię Tyrwing. Po wielokrotnych zmianach właściciela miecz trafił wreszcie w ręce potomka Svarvalma – Heidreka. Heidrek był bardzo przedsiębiorczym, a zarazem niezbyt przyjemnym typem człowieka. Udał się on do krainy Reigataland (pisanej także jako „Hreidgotaland”), aby służyć tamtejszemu królowi Haraldowi. Tam zawiązał spisek w wyniku którego zabił on króla oraz jego syna – następcę tronu. Z racji zaś tego, że nieco wcześniej poślubił haraldową córę Helgę i miał z nią syna Angantyra – sam oto stał sięwładcą Reidgatalandu. Był niezwykle mądry, przebiegły ale i okrutny. Zwyciężał w wielu wojnach, w tym też przeciwko Hunom. Oprócz klątwy ciążącej na mieczu Tyrwingu dosięgła go zguba z powodu również zatargu z pewnym potężnym i pobożnym wodzem mieszkającym w Reidgatalandzie…

Ostatecznie Heidrek został zabity przez własnych niewolników, a jego syn przejął po nim schedę. Wkrótce potem Reidgataland najechany został przez przeważające liczebnie hordy Hunów. Walka była okrutna i bardzo długa, ale ostatecznie zakończyła się klęską najeźdźców. Bitwa między Gotami dowodzonymi przez Angantyra Heidreksona a Hunami była jedną z najbardziej znanych historii ówczesnego świata germańskiego, co tym więcej dodaje jej wagi. Tyle streszczenia Sagi o Heidreku, a teraz wyłuszczmy interesujące dla nas informacje.

Po pierwsze: nazwa Reidgataland, a właściwie jej starsza forma Hreidgotaland oznacza w nordyckim „Gniazdo Gotów” lub nawet (jeśli posiłkować się innymi językami germańskimi) nawet „Norę Gotów”*. Kraj ten przez wielu jest utożsamiany z obszarami najwcześniej zasiedlonymi przez ludy Gockie na południowym brzegu Bałtyku, czyli częścią Pomorza Gdańskiego i Mazur.

Po drugie: podobna, ale skrócona do samego „Hreid” nazwa użyta jest w poemacie Widsith (nie „Got”, „Goth”, albo inna podobna!), gdzie również mowa jest o walkach tegoż ludu z Hunami. Owo słowo „Hreid” wszyscy interpretatorzy niemal zgodnie tłumaczą jako Goci dodając też nierzadko, iż zamieszkują oni swoją starą ojczyznę (przypomnijmy, że w okresie panowania Heidreka, a potem jego syna Angantyra większość Gotów siedziała już gdzieś między Krymem a Dunajem).

Po trzecie: zarówno w poemacie Widsith, jak i w sadze o Haidryku wiele postaci związanych z walkami gocko-huńskimi posiada nawet te same imiona, choć w jednym przypadku zapisane są one w swej staroangielskiej, a w drugim – staronordyckiej postaci. Tam, gdzie w Widsith występuje określenie Wistlawudu tłumaczone jako „wiślany las” – w sadze mowa jest o Mirkwood’zie, czyli po prostu „cudownym (w sensie świętości) lesie”.

Pomimo rzekomej nieobecności już w tych zakątkach Gotów, wiele nazw występujących w opowieści o Heidreku jest typowo gockich, związanych z gocką kulturą. Są to m.in. nazwy kapłanów: godi i gydia, których odpowiedników moglibyśmy się doszukać u Wizygotów. Ci sami Wizygoci określali kraj, w którym mieszkali jako Terwing (na marginesie zaznaczmy, że jest to właściwe określenie tegoż ludu), co zresztą tłumaczone jest właśnie jako miecz.

Usytuowanie Reidgatalandu dla niektórych osób czytających chociażby Eddę może być bardzo kontrowersyjne w stosunku do tego co tu piszę. Postaram się przyszłym razem odpowiedzieć na ich wątpliwości, teraz jednak dokładne położenie owej krainy – czy to będzie nadwiślański Witland, czy może duńska Jutlandia – nie zmienia niczego w naszych rozważaniach.

W opowieści o Heidreku będzie nas interesowała szczególnie jedna postać, a mianowicie potężnego wodza, który sprzeciwił się tak bezwzględnemu władcy. Ów wódz nazywał się… Gest. To on nie zgodził się płacić wysokiej daniny swemu królowi, czym go niebywale rozzłościł. Obawiając się gniewu tyrana zaczął modlić się i składać ofiary Odynowi. W odpowiedzi na jego modły zapukał do jego drzwi nieznajomy wędrowiec, który też się przedstawił jako Gest i zaproponował, że w jego (tj. owego wodza) imieniu pójdzie do króla Heidreka, aby wstawić się za swoim „imiennikiem”. Tak też uczynił. Jak się później okazało owym przybyszem był sam Odyn, którego Heidrek chciał ugodzić Tyrwingiem, za co władca bogów obdarował go przepowiednią (a może i przekleństwem?) o jego śmierci z ręki niewolnika.

Imię Gest, oznaczające przybysza, gościa, ale często używane przez samego Odyna było już przez nas omawiane w kontekście Radogosta – Radagaisa i Vidigoi. Co ciekawe – w wielu sagach pojawia się jakiś człowiek imieniem Gest umiejscawiany różnie w czasie i przestrzeni, ale niemal zawsze określany jako wódz (a nawet potężny wódz), do tego pobożny w swej pogańskiej religii (niekiedy jest on przywódcą pogan, czasami w późniejszym czasie zostaje on nawrócony na chrześcijaństwo…), poważany przez otoczenie, o zdolnościach jasnowidzenia, tłumaczenia snów oraz wielkiej mądrości.

Chyba żadna saga nie określa go jako króla (nie liczę opowieści, gdzie jakiś książę przybiera to imię w różnych celach), zatem nie pochodzi z żadnego znaczącego rodu. Rodzi się znowu wiele skojarzeń prowadzących od Gesta po Radagaisa, jak chociażby: czy to postać Radagaisa została utrwalona w obrazie Gesta – wielkiego wodza, mędrca, proroka i poniekąd kapłana, któremu nawet Odyn nie odmawiał pomocy?

A może określenie „Gest” z racji częstego występowania w podobnym kontekście oraz jako imię Odyna nie było samo w sobie imieniem, ale instytucją? Przychodzi do głowy ktoś w rodzaju wędrownego kaznodziei, albo swoistej odmiany druida…

Jakkolwiek by tego nie rozpatrywać warto zwrócić jeszcze uwagę na niezwykłą zbieżność nazw, jaką uzyskujemy z historii o Heidreku. Reid-gataland, prastary kraj Gepidów i Gotów (teraz zapewne już należących do wspólnoty Widiwariów zgodnie z takimi źródłami jak Jordanes czy pośrednio Kronika Mistrzów Pruskich, gdzie mowa jest o legendarnym królu Widewuto) nad Wisłą, którego nazwa jest skracana nieraz do samego h-Reid. Obok tego: potężniejszy od królów, gdyż posiadający wsparcie najwyższego germańskiego boga – Gest.

Zatem z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy domniemać, że Radagais to wódz-kapłan-mędrzec-wróżbita określany wspólnym mianem Gest, pochodzący przy tym z gepidzkiego/gockiego kraju Reid… Reidgest. Jedynym elementem nie pozwalającym na spokojny sen przy tej hipotezie jest nurtujące jednak pytanie: gdzie w sagach można odnaleźć jakąkolwiek informację o wielkiej wyprawie Gesta z kraju Reid na Rzym, z której prawie nikt nie wrócił. Jeśli w tym rajdzie miała brać udział tak wielka liczba wojowników, jak podają to źródła rzymskie, to trudno aż uwierzyć, aby legendy Germanów to przemilczały… I na to pytanie nie tym etapie moich badań nie potrafię odpowiedzieć.

Za to jest co najmniej kilka opowieści o podbiciu przez jakiś kraj jego sąsiadów, a nawet jedna o nie tyle podbiciu, co zjednoczeniu wielu plemion nad południowym Bałtykiem… Mowa o władcy Myrgingów o imieniu Meaca, którego panowanie pamiętane jeszcze było wiele lat później przez Wieletów (Maha) i Wolinian (Madżak). Kto wie, może któraś z tych legend opowiada właśnie o Radagaisie, ukazując tym samym prawdziwe imię Gesta z krainy Hreid?

MAŁA PRÓBA REKONSTRUKCJI WYDARZEŃ

(W CELU PODSUMOWANIA)

Spróbujmy odtworzyć w przybliżeniu przebieg wydarzeń, aby ułożyć wszystkie przedstawione dotychczas informacje w jedną całość.

Na przełomie IV i V wieku naszej ery w Europie istnieją zasadniczo dwaj zauważalni gracze. Pierwszym są Imperium Rzymskie (wschodnie i zachodnie), przeżywające różnego rodzaju kryzysy oraz najazdy barbarzyńskie, ale wciąż dzielnie się trzymające na nogach. Całkiem niedawno błyskawicznie rozrastające się chrześcijaństwo uzyskało status religii państwowej, przynajmniej jego jeden odłam, czyli katolicyzm. Arianie zostali tym samym zmuszeni do opuszczenia cesarstwa zachodniego i szukania schronienia wśród plemion wyznających właśnie arianizm lub nawet wśród pogan.

Drugi gracz to plemiona huńskie, mniej lub bardziej skonsolidowane, ale zawsze niebezpieczne. Pod ich jarzmem znalazły się liczne ludy Europy wschodniej i Panonii. Część z podbitych ludów od pewnego czasu wyznaje arianizm, choć zdarzają się też katolicy, np. wśród Ostrogotów na Krymie.

Jest jednak też trzeci gracz, niedoceniany wówczas, a obecnie właściwie przez nikogo nie brany pod uwagę. Między Renem a Wisłą oraz między Karpatami i Alpami a Bałtykiem jest grupa plemion – nieco przerzedzonych, o mniejszym niż kiedyś znaczeniu, niekiedy niezależnych, innym razem częściowo zależnych od dwóch pozostałych graczy, wyznających starą wiarę w tych samych bogów, których wyznawali ich przodkowie. Ten ostatni gracz był tu niemal od zawsze, jeszcze zanim narodził się Rzym, choć tak naprawdę przebłysk jego świadomego istnienia (z pozycji Rzymu) można było dostrzec dopiero teraz i tylko teraz. Wcześniej, jak i później była to tylko zbieranina różnych szczepów, wznoszących i obalających nietrwałe królestwa i bez przerwy toczących ze sobą wojny. Jeżeli nawet podejmowali jakieś działania z pobudek, o które podejrzewamy Radagaisa, to robili to zazwyczaj w pojedynkę lub w niewielkich, mało istotnych sojuszach. Jakaś część spośród tych ludów wywędrowała już do Panonii, albo nad Morze Czarne, albo też na tereny cesarstwa. Ale ci, którzy pozostali wciąż stanowili pokaźną masę*.

Jak można się domyślać sytuacja społeczna ani gospodarcza nie układała się szczególnie dobrze w żadnym z tych ludów. Zanika handel z cesarstwem. Osłabieni migracjami oraz walkami to z Rzymem, to z Hunami mogli tylko z nostalgią wspominać okres świetności. Choć lata chwały dorównującej tej z zamierzchłej przeszłości jeszcze wciąż oczekują na wiele spośród tych ludów.

Równie niepokojące były wieści o przyjmowanym przez coraz to nowsze ludy chrześcijaństwie. Bóg chrześcijan był zazdrosny i nie tolerował żadnej konkurencji w swoim otoczeniu. Kapłani różnych kultów pogańskich, oraz ci, którzy w tych wierzeniach pokładali wielkie nadzieje na poprawę ich losu musieli się poczuć bardzo zagrożeni. A to właśnie warstwa duchownych stała na czele tych słabo zorganizowanych plemion. Wodzowie byli wybierani głównie na czas wojen, bohaterowie byli wychwalani po ich zakończeniu, ale o wszystkim – o dobrym czy złym losie, o powodzeniu na wojnie, na łowach, przy pracach domowych i gospodarskich, w miłości – decydowali bogowie. Z tymi zaś najbliższy kontakt mieli kapłani i różnego rodzaju wieszczowie obdarzeni darem jasnowidzenia.

Tymczasem wiele plemion przyjmowało chrzest. Wandalowie byli prawdopodobnie w tym okresie podzieleni na panońskich arian i śląskich (a może łużyckich) pogan. Zatem granica wyznaniowa mogła przebiegać niekiedy przez środek rodów wywracając dotychczasowy porządek do góry nogami. Często zdarzało się, że jacyś Germanie w przeszłości zaciągali się do wojsk rzymskich, gdzie mieli szansę zetknąć się z chrześcijaństwem lub nawet przejść na stronę nowej religii. Powrót takiego żołnierza do swej dzikiej, pogańskiej wioski przyczyniał się w pewien sposób do rozprzestrzeniania nowej idei.

Znane są też przypadki wśród Wizygotów i krymskich Ostrogotów, kiedy to – jeszcze jako wyznawcy starych bogów – przyprowadzali z wypraw łupieżczych chrześcijańskich niewolników, którzy po jakimś czasie nawracali swych panów na nową wiarę. W ten sposób bardzo wielu Gotów przyjęło chrześcijaństwo. Nie jest więc wykluczone, że także w przypadku plemion, o których teraz opowiadamy, takie sytuacje się zdarzały, choć nie koniecznie na taką skalę jak na Krymie. Dodatkowo – ciągle w jakiś sposób były aktywne szlaki handlowe nad Bałtyk, jak te wiodące nad dolną Wisłą przez Chełmno, Rządz, Grudziądz… tu także mogło dochodzić do spotkania się ze sobą chrześcijaństwa z pogaństwem – mimo, że nie musiało to przybierać charakteru misyjnego.

Życie, światopogląd, postrzeganie samego siebie i otaczającego świata oparte do tej pory na zasadach religii ojców, dziadów, pradziadów… powoli, ale zapewne skutecznie zaczęło się zmieniać. W wątpliwość poddane zostały dotychczasowe wartości, zakwestionowano prawdopodobnie wiele spośród dotychczasowych norm. Co bystrzejsi mogli już dostrzec wiszące w oddali widmo chaosu i końca ich świata, choć do tego jeszcze (być może) było dosyć daleko. Później prawdopodobnie wiele spośród pogańskich ludów broniło swej wiary i tożsamości przy pomocy różnego rodzaju regulacji prawnych. Wiemy np., że w państwie Wizygotów w pewnym okresie, jeszcze przed oficjalnym przyjęciem nowej religii, jeszcze zanim wkroczyli na tereny Imperium, za praktykowanie chrześcijaństwa groziło poniżenie, konfiskata dóbr, może wygnanie, albo śmierć.

Ale to mogło być później kiedy zagrożenie chrześcijaństwem stawało się coraz bardziej realne. Teraz jednak większość plemion nie czuła się zmuszona do defensywy. Owszem, dostrzegali rosnącego w siłę chrześcijańskiego Boga i widzieli coraz mniejszą skuteczność swoich bóstw (skoro tyle razy byli pobici przez Rzymian albo Hunów). Kapłani wyraźniej niż inni mogli dostrzegać potencjalne konsekwencje społeczne tego stanu rzeczy i znaczne pomniejszenie ich własnej roli.

W całą tą sytuację mogli się jeszcze wmieszać wygnani z cesarstwa arianie. Większość z nich najprawdopodobniej schroniła się wśród sąsiednich plemion wyznających chrześcijaństwo wg tego samego dogmatu co oni. Niektórzy jednak mogli mieć bardziej lub mniej regularną styczność z mieszkającymi dalej poganami. Nie mamy oczywiście na to żadnych konkretnych dowodów, ale mogłoby na to wskazywać uderzenie Radagaisa skierowane na Italię, a nie na ariańskich sąsiadów cesarstwa. Mogło by na to wskazywać również ponowne pojawienie się Arian w Imperium tuż po inwazji „księcia demonów”. Jednak nie zapominajmy, że rola Arian w tym epizodzie to w dużej mierze tylko domysły…

W tej niezbyt ciekawej dla wyżej określonych przez nas terenów sytuacji, na krańcach ówczesnej nie ochrzczonej i nie poddanej całkowicie ani Rzymianom, ani Hunom Germanii pojawił się (jak należałoby sądzić) wielki wizjoner, odpowiednik późniejszego, ukraińskiego Wernyhory lub może raczej szamana Siuxów – Siedzącego Byka*. Posiadał on niebywałą charyzmę i umiejętność przekonywania. Prawdopodobnie sam należał do warstwy kapłańskiej i niewykluczone, że obdarzony był przy tym jakimiś szczególnymi zdolnościami, jak wieszczenie przyszłości, które w tamtych czasach wśród Germanów pozwalało wynieść człowieka bez względu na płeć i pochodzenie społeczne do pozycji niemal boskiej!

W dużym stopniu prawdopodobnym jest, że pochodził on kraju Widiwariów, plemienia złożonego w całość z różnych szczepów, ale zapewne zdominowanego przez Gotów i Gepidów. Kraj ten nazywano w tym czasie również Reidgatalandem. Szerzone przez niego idee, być może też przepowiednie, odbiły się szerokim echem po tej części Germanii, którą nakreśliliśmy wyżej. Co głosił? Może ragnarok – ostateczną wojnę bogów, sił dobra przeciw siłom zła? A może ogłaszał wyprawę, na której nie tylko można będzie się nieźle obłowić, ale również zasłużyć wobec bogów? Któż to wie…

Zatem wyruszyli. Z początku, jeszcze gdzieś w okolicy dolnej Wisły mogła to być stosunkowo niewielka armia… może kilkanaście tysięcy wojowników. Po drodze jednak musieli przejść przez ziemie Burgundów, Swebów i Wandalów, a w tamtych czasach dalekie wyprawy mogły się skończyć za miedzą, na ziemi sąsiada. Burgundowie w przeszłości przecież zagrodzili drogę wędrującym na południe Gepidom, co skończyło się wielką bitwą i niemal doszczętnym wytępieniem tych pierwszych. Teraz jednak wygląda na to, że nikt nie przeszkadza w przemarszu wojsk Radagaisa. Przeciwnie – „prawdziwemu Scycie” udaje się zjednać dla swej wyprawy praktycznie wszystkich, których napotyka na swej drodze.

Mało tego! Utworzony zostaje specjalny oddział złożony z najlepiej wyćwiczonej, pochodzącej z najlepszych rodów i najdzielniejszej młodzieży, który trzymać się będzie jak najbliżej wodza jako coś pomiędzy jego gwardią osobistą a trzonem jego wojsk. Oddział ten liczy sobie – bagatela – przynajmniej 12000 wojowników, a może i więcej… ta liczba została schwytana i wcielona do rzymskiej armii, nie wiadomo natomiast ilu z nich zginęło. Tak czy inaczej jest to imponująca ilość. Alaryk i jego Wizygoci dysponowali w tym czasie niewiele większą ilością wszystkich swoich wojsk, ale u Radagaisa jest to zaledwie jeden, choć najsilniejszy oddział!

Obecność tego „oddziału specjalnego” jest zresztą bardzo zastanawiająca. Jeżeli bowiem Radagais zebrał swoją armię z wielu plemion, a wszystko na to wskazuje, to jakim sposobem udało się wyodrębnić z tych plemion najlepszą młodzież i zrobić z niej osobny oddział wojskowy, niezależny jak gdyby od żadnego innego szczepu? Jest to przypadek wyjątkowy w historii pogańskiej Europy, ale przecież równie wyjątkowym jest sam epizod związany z Radagaisem. Tak wielka liczebność specjalnie wyćwiczonej młodzieży pochodzącej z najzacniejszych rodów powoduje, że znowu nie sposób mówić o pojedynczym ludzie działającym na własną rękę. Jednak trudno doszukać się podobnej sytuacji w dziejach, aby np. młodzież wandalska nie trzymała się podczas sojuszniczych wypraw wojennych po prostu z Wandalami, a młodzież swebska bez względu na swój status społeczny – ze swoim własnym plemieniem.

Możemy domniemać, że część wojsk Radagaisa opuściła go przed zadaniem mu klęski, więc jak to się stało, że „oddział specjalny” nie poszedł w rozsypkę. Wiemy nawet, że kiedy dochodziło do bitew z udziałem wielu ludów, to również na polu bitwy trzymały się one razem, ich wojownicy wspierali się nawzajem, podniecali wzajemnie do walki tymi symbolami, okrzykami, zawołaniami, które w kulturze ich własnego plemienia miały jakieś szczególne znaczenie, albo szczególną moc. Tymczasem u Radagaisa od wszystkich przyłączonych do wyprawy plemion zostało odłączone kilkanaście tysięcy najlepszej młodzieży… rzecz niepojęta i warta szczegółowych studiów. Na tym etapie możemy pokusić się o następujące wyjaśnienie tego fenomenu.

Znane są podobieństwa obrzędowe występujące w kulcie Radogosta u Redarów i Świętowita u (zeslawinizowanych już) Rugiów. Podobnie jak wiele podobieństw łączyło Wieletów i mieszkających niemal na tych samych terenach kilkaset lat wcześniej Swebów – Semnonów. Instytucja boskiego konia, podobny sposób wróżenia przy pomocy tego zwierzęcia i wiele innych. Jest wielce prawdopodobne, że oba te – nieodległe przecież – kulty (tj redarski i rugijski) powstały w wyniku wzajemnego na siebie oddziaływania albo nawet przejęcia tych samych elementów z pozostałości religii germańskich (por. zwyczaje Semnonów i Wieletów).

W przypadku zaś rugijskiego Świętowita wiemy, iż na usługach tego boga (czy też, jak kto sobie życzy) jego świątyni i kapłanów był oddział 300-tu świetnie wyszkolonych, konnych wojowników. Liczba ta, jak na możliwości niewielkiej wysepki, to całkiem sporo. Jeśli więc pokusić się o generalizację tego przypadku również dla innych świątyń, szczególnie u Germanów na przełomie IV i V-go wieku naszej ery i wysnuć hipotezę, że również i one miały swoją straż, swoje wojsko, to być może uzyskalibyśmy częściową odpowiedź na zagadkę 12000-sięcznego oddziału specjalnego Radagaisa. Większe, niż późniejsi Rugiowie plemiona mogły oddawać do dyspozycji świątyń swych bogów (zwłaszcza tych najważniejszych) od 500 do nawet 1000 wojowników, a może i więcej? Jak pisałem – tego rodzaju informacje detaliczne wymagają innych badań.

Można więc przyjąć założenie, że ów oddział specjalny, najbitniejsza młodzież z najlepszych rodów spośród wszystkich zebranych plemion, to po prostu elita wojowników działająca pod egidą świątyń. Młodzi, zahartowani, oddawani przez swe rody na służbę do świątyni, co musiało być wielkim zaszczytem, podobnie jak dziś dla wielu ludzi wielkim zaszczytem jest mieć w rodzinie księdza. Przyjmowano prawdopodobnie samych najlepszych. Zapewne też nie mieli oni nic innego do roboty, jak nieustanne kształcenie duchowe w służbie danemu bogu, oraz wojskowe. Nie wykluczone, że był to zalążek czegoś w rodzaju fanatyzmu lub fundamentalizmu religijnego u ówczesnych pogan europejskich. A może to nie jest dobre porównanie? Może raczej należałoby przyrównać ich do zakonów rycerskich, choć z pewnością opartych na innych regułach i nie dożywotnich? Chociaż…? A może miała być to po prostu armia zawodowa, co z kolei byłoby oznaką początków przemian w mentalności i organizacji społecznej Germanów? Czy była to jednak oznaka zmian, czy może wieloletnie dzieło przygotowawcze samego Radagaisa, który w takim wypadku wyrastałby nam na jednostkę znacznie wyprzedzającą epokę, w której żyli jego pobratymcy? A może bardziej przydatna będzie tu hipoteza robocza o instytucji Gestów – wędrownych wojowników-kaznodziei (rycerzy-mnichów?) związanych z kultem Odyna. Domysłów można snuć wiele, choć na razie trudno byłoby potwierdzić którykolwiek z nich…

Pogańscy Germanowie potrafili się uczyć na błędach. Źródła podają, że Marbod był szczególnie niebezpieczny dla Rzymu, gdyż swoje państwo organizował wg rzymskich zasad, przez co było ono niezwykle skuteczne. Zatem pomysły Radagaisa (a może kogoś innego z jego czasów?) nie powinny nas aż tak bardzo zaskakiwać. Czyżby zatem na drodze dyfuzji kulturowej miała się narodzić nowa cywilizacja? Jest to hipoteza bardzo śmiała i nie podejmę się jej obrony w tym niewielkim (w porównaniu do zawiłości przedstawionego powyżej tematu) tekście.

Wróćmy do roku 405-go. Wszystko to wyglądało niezwykle imponująco i obiecująco. Blisko 400.000 wojska, z tego przynajmniej 12.000 świetnie wyszkolonej gwardii osobistej Radagaisa. Kto mógłby stanąć im na drodze? Więcej zebrał tylko Attyla podczas bitwy na Polach Katalunijskich, ale jemu udało się to głównie dzięki terrorowi, jaki Hunowie stosowali wobec podbitych ludów, zaś Radagais, na co wiele wskazuje, bazował na charyzmie, dzięki której różne plemiona przyjmowały jego wizję jako swoją własną. Wszystko wydawało się toczyć w jak najlepszym kierunku. Horda pogan wkroczyła na ziemie cesarskie, najpierw do Recji, potem do Norikum… przekroczyli Alpy (a to było bardzo odważne) i dotarli do Adriatyku. Po drodze płonęły miasta, ludność masowo uciekała w stronę stolicy. Misja Radagaisa dotycząca zburzenia Rzymu przerażała duchownych katolickich. Podobnie jak czynione przez – jak go określali – „wyznawcy demonów” ofiary pogańskim bogom, w tym też ofiary z ludzi. Podobno jego bóg lubił krew chrześcijan, jak mówili sami chrześcijanie…

Aż wreszcie… z wielkiej chmury mały deszcz… z wielkiej armii tylko wielka klęska. Jak już sugerowałem wcześniej, Radagais cieszył się z pewnością ogromnym szacunkiem i miał wspaniały dar przekonywania. Być może był najwybitniejszym z ówczesnych kapłanów w pogańskiej Germanii, może również wyśmienitym królem (a może jedynie wodzem?), politykiem, wizjonerem, działaczem, reformatorem… z większym lub mniejszym prawdopodobieństwem możemy przypisać mu wiele zalet, z wyjątkiem jednej – umiejętności organizacyjnych podczas dalekich wypraw wojennych. Dotyczy to przede wszystkim kwestii logistyki. Nikt rozsądnie myślący i znający choć w zarysie prawidła sztuki wojennej nie prowadzi w jednej kupie 400.000 wojowników bez jakiegokolwiek zapewnienia im dostaw żywności. Armia Radagaisa bardzo szybko się wycieńczyła. Nie można wykluczyć, że byli wśród niej tacy, którzy w obliczu grożącego głodu po prostu się wycofali, ale zdecydowana większość pozostała przy swoim wodzu do końca mu ufając.

Kiedy znad Adriatyku przeprawiali się na drugą stronę Apenin, w kierunku Florencji musieli być już na tyle osłabieni, że nie byli w stanie stawić praktycznie żadnego oporu wobec 30.000 rekrutów z wielkim trudem uzbieranych przez głównodowodzącego rzymską armią – Stylichona. Podobno po stronie rzymskiej nie zginął nawet jeden żołnierz, zaś pogan padła ogromna ilość. Do niewoli dostało się ich tak wielu, że rynek niewolników całkowicie się załamał. Ujarzmione zostało również owe 12.000 wyborowej młodzieży stanowiącej gwardię przyboczną Radagaisa, nie wiemy, czy jakaś część z nich zginęła podczas próby obrony, czy też jak pozostali byli zbyt wycieńczeni marszem i głodem, aby walczyć w ogóle. Sam Radagais i jego synowie, którzy próbowali zbiec z pola walki – a właściwie nie tyle „pola” co wąwozu, gdzie przygotowano na nich zasadzkę – zostali schwytani. Tak nieoczekiwane i pełne zwycięstwo kazało wierzyć chrześcijanom, że nie mogło to się wydarzyć w inny sposób niż tylko przez ingerencję boską i było to dla nich oczywistą oznaką cudu. A co za tym idzie – za oznakę zwycięstwa chrześcijańskiego boga nad bogami pogan.

WNIOSKI

…Proszę mi wybaczyć tą fabularyzację powyższego rozdziału. Nie chciałbym bynajmniej wpadać w jakąś wieszczą, gloryfikującą kogokolwiek nutę. Uznałem po prostu, że taki sposób opowiedzenia o rozważanej przez nas sytuacji pozwoli czytelnikowi łatwiej odnaleźć spójność w tej nieco zagmatwanej historii.

Wniosków z tego eseju płynie na pewno bardzo wiele, gdyż w miarę posuwania się na przód mieliśmy też do czynienia z wieloma hipotezami. Nas jednak będzie interesował wniosek dotyczący pytania postawionego na początku niniejszego tekstu. Czy była to wojna religijna?

Wydaje mi się, że płynąca z tego eseju odpowiedź brzmi: TAK. Dlaczego?

Walczyły tu ludy germańskie, z terenów między Renem a Wisłą, więc element pogański nie był tu przypadkowy (jak to jest w teorii, gdzie Radagais jest Ostrogotem), ale dominujący ogromna ilość zgromadzonego wojska oraz jego determinacja granicząca niekiedy z fanatyczną wiarą w jakiś „cud”. Świadczy o tym zarówno niezwykle trudne (zwłaszcza przy tej liczebności) przekroczenie Alp, jak też trwanie do końca przy swoim wodzu zdecydowanej większości śmiertelnie wygłodzonych i wymęczonych ludzi. O samym Radagaisie mówiono, że to przychylność bogów pozwala mu pozostać niezwyciężonym.

Kierunek w jakim podążała armia barbarzyńców, jak też domniemany przez ówczesnych obserwatorów cel – zburzenie Rzymu krwawe ofiary, podczas których prawdopodobnie zabijano również chrześcijan. Wreszcie (domniemane co prawda, ale prawdy pewnie bliskie) zamieszanie, jakie musiało wprowadzić chrześcijaństwo nawet daleko poza granicami imperium rzymskiego, co w połączeniu z wygasaniem kontaktów handlowych i wielkimi migracjami powodowało liczne wojny i tworzenie krótkotrwałych królestw, spory o władzę, sukcesję między plemionami germańskimi (wg sag i różnych podań). W tych warunkach zebranie liczby 400.000… lub choćby nawet 200.000 wojowników wymagałoby zjednoczenia niemal wszystkich i tak już uszczuplonych migracjami ludów. Takie zaś zjednoczenie potrzebowało niezwykle silnie oddziałującej, toteż najpewniej religijnej idei, za którą mogliby się opowiedzieć wszyscy Germanie w tamtym regionie Europy.

Zaznaczmy jednak: co do motywów wojska wkraczającego do cesarstwa razem z Radagaisem nie mamy jak na razie żadnych przesłanek o ich motywacji, a cele przypisywane dowódcy tej wyprawy mogły równie dobrze do niego samego się ograniczać… Nie możemy więc w tym temacie w pełni osiągnąć prawdy o tamtych wydarzeniach, ale za to możemy się do niej znacznie przybliżyć. Znaczniej, niż w przypadku dotychczasowych teorii.

KONSEKWENCJE

Powróćmy teraz do rozważań historycznych nie okraszonych narracją fabularną.

Radagais został skazany i ścięty 23 sierpnia 406 roku. Jakiejś części jego wojsk udało się być może wrócić za Dunaj. Tak wielki napływ pogan, mimo, że obecnie zniewolonych, spowodował zachwianie budującego się, chrześcijańskiego porządku społecznego w Italii. Późniejsze wydarzenia potwierdzają, że na pewien czas poganie odzyskali inicjatywę na polu zmagań religii i stali się dużym problemem dla duchowieństwa katolickiego. Pogromca Radagaisa – Stylichon, będący opiekunem niepełnoletniego cesarza Honoriusza zostaje obalony i stracony… 22 sierpnia 408 roku (cóż za zbieżność dat). Po jego śmieci następuje wielka rzeź barbarzyńców, którzy zamieszkali na półwyspie Apenińskim i próbowali asymilować się z tamtejszą ludnością. W chaosie, który zapanował 30.000 nie-rzymian (możliwe że większość z nich to pozostałości wojska Radagaisa) przeszło na stronę Alaryka, który w obecnej sytuacji postanowił znowu wkroczyć do akcji. Olimpiodor Mówi o tym, że wśród tej grupy znajdował się również ów 12.000-sięczny oddział doborowy Radagaisa.

Znowu odzywa się Zosimos, który zauważa, że oto w miarę posuwania się Wizygotów w stronę Rzymu przyłącza się do niego 40.000 niewolników, prawdopodobnie również w większości z armii Radagaisa. Zresztą również ze stolicy Imperium, podczas jej oblegania przez Alaryka, wielu niewolnych ludzi uciekło na jego stronę, a samo miasto wpadło w jego ręce na skutek zdrady.

Król Wizygotów miał sporo problemów z przyłączonymi do siebie niewolnikami (zapewne w sporej części pogańskimi) żyjących tylko chęcią odwetu na swoich niedawnych panach. Kłopoty te wynikały chociażby z ich liczebności, szybko przerastającej wielkość narodu wizygockiego. Alaryk i jego lud starali się przystosować do chrześcijańskiego życia w ramach cesarstwa. Ich walka z Rzymem nie miała raczej charakteru wyprawy łupieżczej lub odwetu, choć łupy oczywiście się pojawiały. Już prędzej była to gra o władzę i wpływy. Teraz jednak, kiedy w jego szeregach pojawiło się tak wielu pogan, jego samego zaczęto postrzegać przez ten właśnie pryzmat, choć tak niedawno stawiano go w opozycji do Radagaisa, jako poprawnego chrześcijanina (mimo że tkwiącego w błędach arianizmu).

Jego marsz na Rzym komentowano jako wynik podszeptu demona, który siedzi mu na karku i namawia do tego antychrześcijańskiego i antyboskiego uczynku. O jego przejściu przez Toskanię (dawną ojczyznę Etrusków) mówiono, że jedno miasto obroniło się przeciw niemu stosując praktyki pogańskie, przy czym słychać było grzmoty i widać błyskawice. W ogóle podniosły się liczne głosy, że najazd Alaryka jest zemstą opuszczonych przez wiernych dawnych bogów Rzymu i aby ich przebłagać, należy powrócić do starej, etruskiej sztuki religijnej i magicznej. Innym razem, kiedy Alaryk oblegał bezskutecznie stolicę cesarstwa (a robił to 3-krotnie, z czego jeden raz wkroczył do miasta) mieszkańcy zaproponowali ugodę z nim i wybrali nowego, uzależnionego od króla Wizygotów cesarza – Attalusa… poganina. Świadczy to nie o intencjach Alaryka, ale o postrzeganiu jego osoby (na tle w bardzo dużej mierze pogańskiej armii) przez ludność rzymską.

Tak więc mimo ogromnej klęski Radagaisa, jego wyprawa miała w pewnym stopniu swoje istotne oddziaływanie. Przede wszystkim przyczyniła się do wzrostu znaczenia plemienia Wizygotów, a jej członkowie stanowili teraz bardzo znaczącą ich część. Mniej znaczącymi faktami było okresowe wahanie w Italii między chrześcijaństwem a pogaństwem, co jednak nie przyniosło zamierzonego przez „prawdziwego Scytę” skutku; a także – znowu okresowy – wzrost aktywności arian powracających na pewien czas w granice cesarstwa.

W pogańskiej i stosunkowo niezależnej jeszcze Germanii klęska tych rozmiarów nie zachęcała raczej do kontynuowania dzieła Radagaisa. Niedługo potem spora część Swebów, Wandalów i sprzymierzonych z nimi Alanów wyruszyła na podbój Europy Zachodniej, szukając tam miejsca dla siebie i lepszego życia. W ich ślady poszli Burgundowie, Alemanowie, Longobardowie*… ich stary świat wyludniał się, ich bogowie stracili wiele na swoim znaczeniu. Zajęło to sporo czasu, zanim (często z pomocą słowiańskiego żywiołu napływającego ze wschodu) zdołali w jakimś stopniu odbudować poprzedni potencjał, choć nigdy już nie udało im się przeciwstawić pochłaniającemu ich światu chrześcijańskiemu z taką mocą i z taką szansą, jaką stworzył, a później zmarnował Radagais.

***

Można pokusić się o stwierdzenie, że rajd Radagaisa był największym pod względu rozmachu i najbardziej ideowym wyzwaniem podjętym przez pogańską Europę u progu ery chrześcijaństwa, a zarazem – największym niewypałem. A z drugiej strony: któż poza władcami Hreidgotalandu wykazał się taką dalekowzrocznością w stosunku do rozwoju wiary chrystusowej, taką odwagą i charyzmą by zgromadzić setki tysięcy wojowników i pokusić się o zburzenie Rzymu?

…?

…?

wróć do:
część I: GEPEDOIOS
część II: TRUSO przypisy:
* ) Nazwy Ostrogoci czy Wizygoci wprowadzają tylko w błąd, gdyż zarówno w jednym jak i drugim odłamie Gotów istniały liczne dodatkowe podziały – do różnych dowódców przyłączały się różne liczby wojowników, zaś sami dowódcy w różnej polityce szukali swego spełnienia. Na liczbę około 100.000 ocenia się współcześnie liczebność plemienia Wizygotów (skoro współcześnie, to czy szacunki te uwzględniają tylko wojowników, czy również kobiety, dzieci i starców?) w roku 408, kiedy to zostali oni już zasileni przez kilkadziesiąt tysięcy zbiegłych z niewoli rzymskiej wojowników Radagaisa.

* ) dodajmy też, że zarówno Hunowie, jak też Sarus i jego Ostrogoci (o ich mieszaniu się z Wizygotami i na odwrót pisaliśmy wyżej), a do tego wszystkiego także Alanowie, zdecydowanie preferowali walkę na koniu. W tamtym czasie konnica złożona z doświadczonych i świetnie wyszkolonych jeźdźców stanowiła niezwykle silną broń, której Stylichon użył dwukrotnie i to skutecznie wobec Alaryka. Zatem, gdyby Stylichon dysponował jakimiś znaczącymi siłami doświadczonych w walce konnej Hunów, Ostrogotów i Alanów, to zapewne wybrałby inny wariant stoczenia bitwy z Radagaisem.

[1] )chodzi głównie o Gepidów, których nazwa (h)Reid pojawiła się już u Ptolemeusza, wzmiankującego o ludzie Routiklei w bezpośrednim sąsiedztwie Gotów. Routiklei pojawili się zaiste na terenach zajmowanych wcześniej przez Ulmerugów, których na w Iw. n.e. wypędzili przez Goci i Gepidowie. Więcej na ten temat pisałem w rozdziale „Gepedoios”, choć akutrat sprawa nazwy Hreid i jej przynależności do Gepidów wymaga szerszego wyjaśnienia, czym też będę zajmował sie w kolejnych rozdziałach

*) patrz chociażby tekst o Truso, ale w późniejszym czasie jeszcze wrócę do tego tematu

[2] Więcej na jego temat w rozdziale „Gepedoios”

* ) Językoznawcy utrzymują, iż słowo „God” pochodzi od praindoeuropejskiego słowa oznaczającego niebo.

** ) Wolfram sugeruje nawet, że słowo Graudenz, stanowiące niemieckojęzyczne oznaczenie Grudziądza, to jakieś szczególne imię gockie.

*** ) ww. Truso

[3] Trzeba jednak uczciwie odnotować, że wg informacji zawartych w sagach pochodził on z wyspy, mianowicie Zelandii. Nie podkopuje to jednak tezy, że jego imię (lub może to przydomek?) może wiązać go z jakimś lasem, albo też krajem lasu Widi-wari

* ) również sprawa pochodzenie Vidigoi wymaga dłuższego wyjaśnienia, co jak mam nadzieję również będę mógł uczynić w nieco późniejszym czasie

* Szczegół ten wydaje się być mało istotnym, ale w jednym z kolejnych tekstów postaram się wykazać jego duże znaczenie

* ) Dla przykładu: na Ziemi Chełmińskiej dosyć bujny (choć stopniowo słabnący) rozwój i handel z cesarstwem rzymskim na podstawie danych archeologicznych datuje się w przybliżeniu aż do roku 400 n.e. Zatem na długo po odejściu większości Gotów i Gepidów i niemal dokładnie do momentu, kiedy Radagais wkracza na ziemie Imperium w wielką ilością wojska.

* ) Siedzący Byk był jednym z najbardziej znanych w historii przywódców religijnych plemienia Lakotów (Siuxów). Po umieszczeniu Lakotów w rezerwacie pod jego przewodnictwem przyłączyli się oni do indiańskiego ruchu „Tańca Duchów” wzbogacając go o element magicznych koszul, które miały chronić Indian przed kulami białych oraz doprowadzając sam taniec do transu religijnego. Cała ta historia zakończyła się niezwykle tragicznie – wielką masakrą Indian w Wounded Knee Creek.

* ) Longobardowie właściwie wyprawili się na południe

http://artheburg.freehost.pl/radagais.html

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s