Gdy dusze były jeszcze słowiańskie

Niklot


Jesteśmy Słowianami. W masywie etnicznym słowiańskim zajmujemy, terytorialnie biorąc, miejsce centralne. Rozważyć trzeba – co to za typ ludzki, ten Słowianin, jak sobie daje radę w świecie, w którym walka o byt jest codziennością, a vae victis ( biada zwyciężonym) – regułą .

Rozejrzyjmy się. Słowianin-Rus zbudował imperium światowe, jest hegemonem połowy Europy. Słowianin-Serb zjednoczył pod swym przewodnictwem plemiona i narody Słowian południowych. Jugosławia skutecznie strzeże swej pełnej suwerenności i odgrywa poważną rolę na terenie międzynarodowym. Słowianin-Czech ma zasługę wobec ludzkości, że pierwszy w Europie podniósł sztandar protestantyzmu. Husytyzm walnie przyczynił się do tego, że po Białej Górze Czesi nie dali się ani skatoliczyć, ani zgermanizować. Po pierwszej wojnie światowej „chłopska” Czechosłowacja Masaryka i Benesza cieszyła się opinią najlepiej rządzonej demokracji w Europie środkowo – wschodniej.

W świetle powyższego stwierdzić można, że słowiański typ człowieka zdolny jest z powodzeniem walczyć o miejsce pod słońcem. Z drugiej strony nie należy zapominać, że istnieje ustalona, ujemna opinia o Słowianach. Nasz własny Brückner (WP: typowo słowiańskie nazwisko:) wielokrotnie i przy różnych okazjach mówi o nie rządności, bierności, gnuśności słowiańskiej. W literaturze francuskiej znane jest określenie: „improductivite slave.” Historyk angielski przypisuje nam: „the Slav passion for arguing with flawless logic from premises arrived at by mysterious higher processes” – cechę, właściwą fantastom.

Nie trudno jednak przeciwstawić tym opiniom wypowiedzi pozytywne.- „Te wendyjskie ludy znały górnictwo, którego nauczyły się od Markomanów, i pozostawiły po sobie najstarsze ustawodawstwo górnicze.

WP: „Czesław Białczyński – Przedstawiani światu jako super-germanie Markomanowie to nic innego jak Moromężowie lub Moro-Kumanie, a więc Morowianie lub Morawianie zmieszani z Kumanami a Kumanie to znani z kronik Połowcy potomkowie Kuszanów. Proszę poczytać o wspólnocie językowej słowiano-irańskiej i rodowodach takich słów Jak Krak-Krakus i Cyrus oraz wspólnych legendach persko-polskich o rodowodzie słowa Wawel i Wela-Zaświaty, a Babel i Babilon – Wawilon, proszę poczytać o wspólnych legendach i bohaterach rosyjsko-irańskich takich jak Rusłan, Urusłan – Rustam (także łatwo podać znaczenie tego imienia ze słowiańskiego, a nie z niemieckiego), jak władca perski Kej i kijowski Kuj-Kij, zamiast udowadniać germańskie związki z Persami których nigdy nie było.”  https://bialczynski.wordpress.com/tag/sarmaci/

Byli oni ludem tak skrzętnym i rolnictwu tak oddanym, że każdą połać ziemi, którą zamieszkiwali, obracali na uprawę wszelkich gatunków zboża i owoców”.

Mowa tu o najbliższych nam Słowianach zachodnich, do których wszak sami należymy. Gdzie indziej pisze się, że sztuka solenia śledzi znana była Pomorzanom wcześniej, niż Duńczykom i „Niemcom” (WP: żadnych Niemiec wtedy nie było – „Niemcy? Jacy Niemcy? – Historia Europy 600 – 1000 A. D.„) znad morza Północnego, którzy dopiero od Słowian nauczyli się tej umiejętności. Nie mniej interesujący szczegół o zdolnościach Pomorzan znajdujemy u francuskiego badacza: „Ce furent eux qui construisirent les premiers batiments capables de transporter les chevaux”. Spektakularny użytek z takich łodzi wojennych zrobił w roku 1136 książę pomorski Racibor. Zaokrętował swą armię na 250 statków po 44 ludzi i po 2 konie, przepłynął z tym wojskiem przez Bałtyk i wylądował w Skandynawii. Tam zdobył leżące przy ujściu rzeki Goty bogate miasto Konungahellę, przy czym zagony jazdy osłaniały szturmującą miasto piechotę. Norweska kronika z XIII wieku zanotowała imiona dowódców wojsk Racibora: byli to Dunimysł i Unibor.


Źródło oryginalnego artykułu



Racibor


Obok Racibora godnie może stanąć w naszej pamięci książę obodrzycki Niklot. Dobry organizator i wódz, śmiałą taktyką zaczepno-odporną przeciwko krucjacie z roku 1147, głoszonej przez Bernarda z Clairvaux, sprawił, że najazd zakończył się niepowodzeniem. W kronikarskiej narracji o tej wojnie zwraca uwagę wysoka dyscyplina wojsk Niklota.


obodrzyce połabie


Więcej map


Gdy Połabianie, do końca wierni swoim bogom, krwawili się w nierównej walce o istnienie, ich bracia Polanie zorganizowali się państwowo. Przyjęcie chrześcijaństwa dało Mieszkowi I doraźne korzyści polityczne. Fatalnych skutków przyjęcia wersji katolickiej nikt rzecz jasna nie mógł wówczas przewidzieć. Zresztą przez wieki całe katolicyzm w Polsce był religią dworską, do szerokich mas ludności docierał powierzchownie. Mieliśmy reakcję pogańską za Masława i bitwę pod Płockiem w 1047 r., mieliśmy husytyzm i krwawą rozprawę pod Grotnikami w 1439 r. a w XVI wieku zanosiło się na to, że Polacy zerwą zupełnie z katolicyzmem. Miał on niewielki wpływ na kształtowanie się ideomatrycy polskiej w okresie do końca XVI wieku, tj. do zwycięstwa kontrreformacji. W obyczajowości, w prawie, żywe były jeszcze tradycje pogańskie. I tak rodzima, słowiańska przysięga na słońce, wykonywana z twarzą zwróconą doń i z wyciągnięciem ku niemu dwóch palców dłoni, stosowana była powszechnie w wieku XVI wśród szlachty, rycerstwa, a także w sądownictwie miejskim. Małżeństwo u Polaków długo pozostawało domeną prawa krajowego, cywilnego. „Małżeństwo było umową. Dopiero rok 1577 uznać można za datę, kiedy to wśród polskich katolików ostatecznie ustaliła się kościelna, sakramentalna forma zawarcia małżeństwa.”

Charakter Polaka w omawianym okresie jest jeszcze zasadniczo słowiański. Nie jest on tak twardy jak germański. Niemniej, by państewko Siemowita rozwinąć w monarchię Jagiellońską, musiał Polak tych wieków posiadać w swym charakterze cechy konstruktywne, w czym różnił się zasadniczo od polakatolika nieszczęsnej epoki saskiej.

Na dzieje narodu patrzymy jako na przejawianie się panującego w nim systemu kulturowego. Z tego stanowiska patrząc, odrzucamy podręcznikowe podziały na okresy historyczne według kryteriów politycznych, dynastycznych czy ekonomicznych. W historii państwa polskiego oczywistym jest podział na I Rzplitą, II Rzplitą i III Rzplitą, w ramach której zmieścić trzeba epizod tzw. Polski Ludowej. Natomiast w dziejach narodu polskiego widzimy dwa wielkie kulturowe okresy, przedzielone przełomem z końca XVI wieku.

Okres pierwszy to okres katolicyzująco-słowiański, trwający do końca XVI wieku; okres drugi – kultury katolickiej, od zwycięstwa kontrreformacji panuje u nas do dziś. W okresie pierwszym człowiek polski jest Słowianinem nie tylko pod względem biologicznym ale, w przeważającej jeszcze mierze – duchowym. W ujęciu obcego historyka: „Up to the time of the Reformation their Catholic faith had sat somewhat ligtly on the Poles.”

Polak tego okresu jest wprawdzie typem na ogół pozytywnym, ale rodzime pierwiastki duszy polskiej ulegają już stopniowemu nasycaniu treściami obcymi. Jak się wyraził obrazowo badacz naszej przeszłości: „Czas przyszły wyjaśni tę prawdę, że od wczesnego polania nas wodą, zaczęły się zmywać wszystkie cechy nas znamionujące, osłabiał w wielu naszych stronach duch niepodległy, i kształcąc się na wzór obcy, staliśmy się na koniec sobie samym cudzymi.”

Mamy dokładny opis tej skłonności, którą tak brutalnie napiętnował Słowacki. Już w wieku XVI pewien cudzoziemiec w liście do swego przyjaciela tak scharakteryzował Polskę: „Biorąc pod uwagę wszelkie dobra tak duchowe, jak i cielesne, widzi się, że niczego ona nie posiada, czego by skądinąd nie wzięła i gdyby każdy naród zażądał z powrotem swoich szat, Polacy nie mieliby się w co okryć.”

A przecież jeszcze w XIV wieku polskie sukno noszone jest przez króla Czech, sprzedawane jest w Nowogrodzie Wielkim; polskie płótno znane jest w Niemczech jako polensche Laken.12 Jeszcze w XV wieku noszono w Anglii importowane z Polski buty z długimi nosami, zwane crackowes, wyrabiane przez szewców krakowskich.

Na Złoty Wiek literatury polskiej składa się wszystko niemal, co wśród ludzi pióra było niekatolickie a miłujące ojczysty język. Ponurej pamięci kardynał Hozjusz oburzył się, gdy biskup Uchański w roku 1555 napisał doń list po polsku. Ale w ślad za Rejem, za Kochanowskim, pisał w roku 1568 Marcin Siennik: „Aby też sąsiedzi naszy widzieli, iż Polska mowa córka Słowieńskiey mowy rzecz każdą umie mianować bez pomocy sąsiedzkiey y rychley ona rady doda sąsiadom niż iey od nich potrzebować będzie.”

Różnobarwny i niejednolity w swym charakterze był pierwszy okres kulturowy naszej pisanej historii. Treści rodzime, pogańskie mieszały się z importem chrześcijańskim, z jego mozaiką skłóconych między sobą wyznań, obrządków i światopoglądów. W masach żywe wciąż było pogaństwo. Oto wymowny dokument dwójwiary i rozszczepienia duchowego tej epoki: „Statut biskupa krakowskiego Piotra Wysza z r.1408 zabrania śpiewania w czasie Zielonych Świątek pieśni pogańskich, w których wzywa się i czci bóstwa: ideo prohibemus, ne tempore penthecosten fiant cantus poganici, in quibus ydola invocantur et reverentur.”15 Jednolitość kultury polskiej nastąpi w wiekach późniejszych, ale będzie to już szara jednostajność dogłębnego skatoliczenia i upadku narodowego.

Czytaj dalej:
http://toporzel.republika.pl/teksty/wacyk1.html#Rozdz_III2


SŁOWIAŃSKA KULTURA POLAKÓW

Polską Słowiańszczyznę symbolizuje nam bohaterska postać księcia Masława. Zatrzymujemy przyjęte w literaturze imię: Masław, choć prawdopodobnie brzmiało ono poprawnie: Miecław. Nie omieszkali postaci tej zakłamać i zohydzić nasi przewielebni bajhistorycy. Czy to będzie Kadłubek, czy Kromer, każdy z tych biskupów katolickich z lubością maluje śmierć poganina Masława, którego, obdarłszy najpierw ze skóry, mieli rzekomo powiesić jego zawiedzeni stronnicy. -„Alta petisti – alta tene”. Tak, mściwie i urągliwie streszcza się katolicki przekaz o pogańskim księciu, który nie był skory do padania w ramiona krzyża.

Co o Masławie winien wiedzieć Polak? Wiedzmy, że już Mieszko II odnosił się do chrześcijaństwa nieprzyjaźnie, że oparł swe rządy na żywiołach pogańskich i wygnał z kraju cudzoziemskich mnichów. Po śmierci Mieszka II wdowa Ryksa uszła wraz z synem Kazimierzem do swej ojczyzny, do Niemiec. Kraj ogarnęło powstanie pogańskie. Na Mazowszu władzę objął możnowładca Masław, zorganizował kraj państwowo i panował jako udzielny książę. W czasach ogólnego zamętu i najazdów sąsiadów na Mało – i Wielkopolskę państwo Masława było ostoją porządku i schronieniem dla uchodźców z innych dzielnic Polski.

Gdy Kazimierz I wrócił z Niemiec na czele posiłków cesarskich, długo nie mógł sprostać Masławowi. W wyprawach przeciw niemu był za każdym razem bity. Pomoc kijowskiego Jarosława Mądrego, który w roku 1041 ze swym wojskiem wyprawił się na Mazowsze na łodziach Bugiem, też była bezskuteczna. Dopiero w roku 1047 pod Płockiem doszło do decydującej rozprawy. Spóźnili się na pole bitwy sprzymierzeni z Masławem Pomorzanie. Książę Mazowsza nie mógł zdzierżyć przeciwko połączonym siłom Kazimierza i Jarosława. Padł w tej bitwie. W latopisie Nestora czytamy pod rokiem 1047: „Jarosław idzie na Mazowszany i zwycięża ich i księcia ich ubija Moisława i podbija ich dla Kazimierza”.

Pamięć o Masławie długo musiała się zachować w świadomości narodu, skoro jeszcze w XVII wieku natchnęła nieznanego artystę do namalowania obrazu bitwy pod Płockiem. Fragment malowidła przedstawia Masława w stroju książęcym, na koniu, z włócznią w ręku. Jedna z młodzieńczych powieści Zygmunta Krasińskiego nosiła tytuł: „Mściwy karzeł i Masław, książę Mazowiecki”. Nie popisał się Józef I.Kraszewski, który w swojej powieści: Masław” przyjął katolicką, kłamliwą wersję stryczka i suchej gałęzi.

Wszystko co słowiańskie i pogańskie jest nam drogie. Stamtąd wyrastają nasze korzenie duchowe. Wiele z tego, co chcemy widzieć w charakterze nowoczesnego Polaka, w jego zwyczajach i obyczajach, łatwiej się zaleci jego chłonnej wyobraźni, jeśli przemówi do niej poprzez symbolikę słowiańską. Uważamy za wskazane, by dziecko polskie z imieniem Swaroga łączyło w swej wyobraźni obraz najwyższego dobra, mocy i piękna. Tysiąc razy bliższe winno się stać dziecku polskiemu pojęcie Swaroga, niż obcego, katolickiego Jahwe. W miarę dorastania dziecka Swaróg przybierze nazwę Woli Tworzycielskiej; w dalszej kolejności upostaciuje się ona w Narodzie. W każdym stadium dorastania dziecka wychowawcom powinna przyświecać zasada: niczego nie narzucać z góry. Wychowywać do samowychowania się.

Goreją Wici

Goreją wici w czas rokowy

Dziś znów – jak przed tysiącem lat,

Posłanie niosą Masławowe,

I budzi się słowiański świat.

Słowiańska czestna wiara nasza,

My z tych co Lech,Siemowit,Krak,

Nie nam zamorskich znać mesjaszy

I drogi nam Swaroga znak.

A człowiek miarą jest wszechrzeczy,

Nic ponad naszą myśl i dłoń!

Z klęczeństwa Polak się uleczy,

Na zaćmę krzyża ma już broń.

Odzyszcze Naród własną duszę

I sobą znów zapragnie być,

Koło historii drgnie – i ruszy,

Bezdziejów gnuśnych zerwie nić.

Życie człowieka – to zadanie,

Spełnia się poprzez trud i znój.

Dzieło – to twoje powołanie,

Dzielnym niech będzie żywot twój!

Wiersz ten nie pretenduje do miana poezji, nie jest też to credo religijne. Jest wyrazem postawy Polaka wobec życia.

Czytaj dalej:
http://toporzel.republika.pl/teksty/wacyk1.html#Rozdz_VIII2


Kultura słowiańska

Według tych co spreparowali nasze dzieje, wynikało by, że historia Polski zaczyna się w piątek, dnia 7 marca, Anno Domini 966. Przedtem była pustka i nic. Rozległe, zagospodarowane państwo, liczna i dobrze uzbrojona armia, dziedziczna władza książęca – wszystko to spłynęło na Mieszka I za jednym zamachem kropidła, wraz z chrztem.

Poprzednie kilka wieków dziejów naszych, poprzednich czternaście co najmniej postaci władców naszych uznano za niebyłe, między bajki włożono. Od niego, od Mieszka, od piętnastego władcy Polski zaczyna się dopiero jej historia.

W ten sposób każe nam pojmować naszą przeszłość historiozofia, której źródło i natchnienie stanowią autorytety takie jak:

Gall

ksiądz katolicki

w. XII

Cholewa

biskup katolicki

w. XIII

Kadłubek

biskup katolicki

w. XIII

Boguchwał

biskup katolicki

w. XIII

Długosz

arcybiskup katolicki

w. XV

Kromer

biskup katolicki

w. XVI

Naruszewicz

biskup katolicki

w. XVIII

i legion innych, zasłużonych w wiekowe dzieje wynaradawiania słowiańskiej duszy polskiej, niszczenia w ogóle wszystkiego co było słowiańskie, a więc apostołom obcego Boga wrogie i nienawistne.

Nie dziw tedy, że to co dziś w szkole polskiej podaje się dziecku polskiemu jako historię ojczystą, jest jednym pasmem fałszów, legend i przemilczeń! Bajeczne dzieje Polski nie kończą się – ale zaczynają datą 966.

Wtedy gdy śródziemnomorska kultura antyczna dobiegała swego kresu, w innej części Europy, w basenie morza słowiańskiego, Bałtyku, poczęła kiełkować i puszczać pierwsze pędy samorodna kultura słowiańska.

Wyrastając na rodzimym podłożu potężnej, olbrzymie połacie Europy obejmującej, a jednolitej masy biologicznej słowiańskiej, kultura ta posiadała zdrowe, naturalne warunki rozwoju o nieograniczonych wprost możliwościach. Realizacja tych możliwości, poprzez pełne samookreślenie się masy biologicznej, zorganizowanie budzących się energii duszy słowiańskiej, wymagała czynnika nieodzownego w każdym procesie kulturotwórczym – czasu.

Poziom kulturowo-cywilizacyjny i tendencje rozwojowe plemion zachodnio-słowiańskich w czasie, gdy Europa staczała się w niż średniowiecza, pozwalały rokować najśmielsze nadzieje.

W tym okresie Słowianie posiadają już zdrowy, tchnący wiarą we własne siły człowieka system religijny z jego piękną mitologią, który to system religijny, bazujący się na twórczych, nieskaleczonych żadnym urazem psychicznym instynktach duszy ludzkiej, stanowił mocną podstawę tworzącej się kultury.

Światowid, Bóg wszystkich bogów i bożyców, pan świata ludzi, czczony wszędzie gdzie brzmiała piękna mowa słowiańska, był uosobieniem mocy i twórstwa, władcą ognia i wojny, dawcą wszelkiego żywota.

Sławił Światowida szczęk oręża, huk burzy i piorunów, a nie jękliwe zawodzenia litanii. Religia Słowian nie była religią cierpiętnictwa, strachu i przebaczania wrogom. Nie szczepiła kwietyzmu nauką o marnościach tego świata. Dusza dziecka słowiańskiego wolną była od kompleksów niższości, nie wpajano jej bowiem samopoczucia poczętego w grzechu skazańca za cudze winy.

Religia naszych przodków była pogodna, słoneczna, budząca optymizm i radość życia, była tworem ludzi zdrowych na ciele i umyśle.

Wyrosła na podłożu tej religii etyka i moralność Słowian, ich życie obyczajowe budzi w nas uczucie czci i dumy. Gdy w roku 1124 biskup „niemiecki” Otto wybrał się do Pomorzan ze światłem objawionych prawd, dostał taką odprawę: „Między chrześcijanami – rzekli przedniejsi obywatele Szczecina – spotykają się złodzieje i piraci. Jednych ludzi pozbawia się stopy, innych oczu; pełno w nich zbrodni i kar wszelkiego rodzaju; chrześcijanin nienawidzi chrześcijanina: z dala od nas z taką religią.”

Dr.A. Neander, General History of the Christian Religion and Church, w tłum. J. Torreys Edynburg, 1851, t, VII.

Pomorzanie mieli pełne prawo tak mówić. Współczesny autor wyprawy Ottona stwierdza mianowicie fakt, iż „taka panuje u nich uczciwość i wzajemne zaufanie, że nie znając u siebie zupełnie kradzieży i oszustw, schowki i skrzynie trzymają niezamknięte. Niezwyczajni zamknięć i kluczy, wielce się dziwowali, widząc juki i skrzynie biskupa pozamykane.”

„Tanta fides et societas est inter eos, ut furtorum et fraudum penitus inexperti, cistas aut scrinia non habeant serata. Nam seram vel clavem ibi non viderunt, sed ipsi admodum mirati sunt, quod clitellas et scrinia episcopi serata viderunt” – za Neander, op. cit., t. VII, 15.

Świadectwo to nie jest bynajmniej odosobnione. Helmold, kronikarz z drugiej połowy XII w., wyliczając wspaniałości miasta Wolina, kończy w ten sposób: „Poza tym, jeśli chodzi o moralność i gościnność, trudno by znaleźć lud bardziej zacny i szlachetny.” A oto obraz stosunków społecznych w królestwie Ranów:” – nie znaleźć u nich kiedykolwiek żebraka albo kogoś w niedostatku. Skoro tylko podeszły wiek czyni któregoś z nich słabym i ułomnym ,zostaje on powierzony opiece potomka, obowiązanego sprawować ją z
największą starannością.”

Helmold, The Chronicle of the Slavs, wyd. Columbia Univ. Press, 1935.

Tenże Helmold o bliskich duchowo Pomorzanom Prusakach: „? nadzwyczaj ludzcy wobec potrzebujących pomocy, wychodzą nawet na morze na ratunek znajdującym się w niebezpieczeństwie lub napadniętym przez piratów. Wiele uznania godnych rzeczy można by powiedzieć o tym ludzie odnośnie ich moralności, gdyby tylko posiadali wiarę w Chrystusa, którego misjonarzy okrutnie prześladują.”

Helmold. op. cit.

Wysoki poziom etyczny i obyczajowy naszych przodków, jakże dodatnio świadczących o ich kulturze, nie był wcale wynikiem jakiejś wrodzonej rzekomo Słowianom dobroduszności i miękkości serca.

Słowianie nie byli ludem ślamazarnych, sentymentalnych niedołęgów, za jakich chcą ich mieć nasi rzepichopiastowi historycy. Słusznie zauważa obcy autor: „Pisarze słowiańscy, jak Szafarzyk, lubują się w przedstawianiu naszych przodków jako plemiona spokojne, nienapastliwe, niczego do szczęścia nie pragnące jak tylko spokoju z sąsiadami. Jednakże wydaje się nie być na to żadnego dowodu, są to raczej sny o dawnym wieku złotym, ponieważ, niewątpliwie, skoro tylko Słowianie pojawiają się na arenie historii, widzimy ich jako naród wojowniczy, agresywny i nie znający spokoju.”

W.Forsyth, The Slavonic Provinces South of the Danube, Londyn, 1876

Smutne to, a zarazem znamienne, że prawdy o Słowianach szukać nam trzeba u obcych, a nie u swoich pisarzy.

Nie gnuśnych ciemięgów, ale wojowniczych zdobywców widział w Słowianach Karol Wielki, wznosząc przeciwko nim łańcuch twierdz wzdłuż Łaby i Sali. Podobnie Duńczycy, zagrożeni przez Słowian w samym istnieniu, zabezpieczają przed nimi swój półwysep Wałem Duńskim.

W oczach Helmolda Polacy i Czesi są dzielni w boju, lecz niezwykle twardego serca w łupiestwie i zabijaniu. Mówiąc zaś o Słowianach w ogóle, tenże kronikarz powiada: „Ponadto ludom słowiańskim wrodzone jest okrucieństwo, nie znające granic, niespokojność ducha, co poprzez ląd i morze daje sie we znaki okolicznym krajom. Trudno powiedzieć o różnych sposobach śmierci, zadawanych przez nich wyznawcom Chrystusa.”

Helmold, op.cit

Wobec tych co z bronią w ręku szli rabować ich ziemie i dusze, Słowianie umieli być okrutni i nic dziwnego, że wówczas ucięte głowy niemieckich biskupów toczyły się pod stopy słowiańskiego boga w Radogoszczy.

Jeśli przeto apostoł Niemiec św. Bonifacy nazywa naszych przodków „najbardziej odrażającą i najbardziej zbrodniczą z ras ludzkich” – to wiadomo kiedy i w stosunku do kogo okazywali się Słowianie takimi.

Natomiast o cechującej ich wielkoduszności i szlachetności wobec słabych i bezbronnych możemy sądzić z następujących zdarzeń.

Poprzednikiem Ottona w próbach nawracania Słowian był hiszpański mnich, też biskup, Bernard. Ducha bardzo ewangelicznego, ów świętobliwy biskup zjawił się wśród Pomorzan bez odpowiedniej świty, boso, w nędznym habicie zakonnym, pełen natomiast apostolskiego zapału.

Wzbudził ogólne lekceważenie i wzgardę, Pomorzanie bowiem, podobnie jak Ranowie, nie mieli u siebie biedoty ani żebractwa, ubóstwo uważali za nieprzyzwoitość, w żadnym wypadku nie dającą się pogodzić z powagą stanu kapłańskiego.

Patrzyli tedy na obdartego, a nieproszonego gościa jak na włóczęgę szukającego łatwego chleba. Gdy jednak biskup, gwałtem pragnąc aureoli męczeństwa, porwał się w Wolinie na święty posąg czy też obraz, gospodarze orzekli, że musi to być chyba nieodpowiedzialny za swe czyny maniak, niespełna rozumu. Wsadzili szaleńca na statek i odstawili całego a zdrowego, lecz bez korony męczeńskiej, poza granice kraju.

Neander, op.cit

Upłynie sześć wieków dobroczynnego oddziaływania katolicyzmu, a na tej samej ziemi słowiańskiej, w Toruniu świat ujrzy ze zgrozą inną zgoła reakcję obrażonego w swych uczuciach religijnych społeczeństwa. Padnie wówczas 13-cie wyroków śmierci, około 40 osób pójdzie do więzienia. Krwawa Łaźnia Toruńska z 1724 r. to tylko jeden z przykładów katolickiej caritas w interpretacji jezuitów.

Wracając do Słowian – zdrowie moralne i tężyzna duchowa naszych przodków czyniły ich zdolnymi do przejawiania imponującej aktywności życiowej, nie krępowanej żadnymi tendencjami kwietystycznymi.

Zamożność i dostatek Słowian Zachodnich budziły podziw u cudzoziemców, którzy z racji swego stosunku do pogaństwa nie byli wcale skorzy do przesady w pochwałach. Towarzysz św. Ottona, notując mnogość zwierzyny i bydła, obfitość pszenicy i miodu w kraju Pomorzan, nie waha się napisać, że „gdyby miała winną latorośl, oliwki i figi, sądziłbyś że jest to ziemia obiecana, z powodu bogactwa drzew owocowych.”

Neander, tamże.

O nich to, o naszych przodkach napisze obcy historyk z ubiegłego stulecia: „Te wendyjskie ludy znały górnictwo, którego nauczyły się od Markomanów, i pozostawiły po sobie najstarsze ustawodawstwo górnicze. Byli oni narodem tak skrzętnym i rolnictwu tak oddanym, że każdą połać ziemi, którą zamieszkiwali, obracali na uprawę wszelkich gatunków zboża i owoców.”

Fr. J. Jekel, Pohlens Handelsgeschichte, Wiedeń, Tryjest, 1809

Gdy taki był obraz życia pogańskich Słowian, to w tym samym czasie w Europie chrześcijańskiej, nękanej przez plagi, krucjaty i głód, kwitło w najlepsze ludożerstwo. W biskupim mieście Troyes można było kupić na targu mięso ludzkie – ba! – upieczone w dodatku.

G. G. Coulton, Inquisition and Literty, Londyn, 1938

Słowianie Zachodni, chociaż celowali w rolnictwie, byli również ludem morskim i w tej dziedzinie przodowali sąsiadom, o czym świadczyć może szczegół, że sztuka solenia śledzi znaną była Pomorzanom wcześniej niż Duńczykom i Niemcom z nad morza Północnego, którzy dopiero u Słowian nauczyli się tej umiejętności.

Handel solą i śledziami kwitł w „słonym Kołobrzegu”, gdzie zawijały statki z dalekich stron i gdzie też zaopatrywało się w produkty morza bliskie zaplecze – Polska. Pomorski bursztyn szedł szeroko w świat, znali go i cenili Rzymianie, Grecy, Arabowie.

Każdego kto przystępuje do badania przeszłości Pomorza, uderzyć musi duża ilość osiedli, miast i portów, rozsianych gęsto pomiędzy Łabą a ujściem Wisły. Starogard, Welegrad, Arkona – miasto 30?sto tysięczne w 12 w. – Roztoka, Dymin, Wolgast, Wszedom, Wolin, Szczecin, Kołobrzeg, Kamień – tętniły ruchem i życiem.

Miasta te posiadały z reguły własną organizację samorządową, z burmistrzem, radą miejską, urzędnikami, z własnym ustawodawstwem, systemem podatkowym, itp. W Szczecinie, gdzie targi odbywały się dwa razy w tygodniu, znajdowało się specjalne podwyższenie na rynku, na które wchodziło się po stopniach, a które służyło urzędnikom miejskim do obwieszczania ludności rozporządzeń władz.

A oto jak wyglądała perła Bałtyku, legendarna, Wineta, słowiański Wolin, o którym kronikarz zapisał co następuje: „Opowiada się o tym mieście rzeczy nadzwyczajne i prawie nie do wiary, wymienię przeto nieco godnych przekazania szczegółów o nim. Było to prawdziwie największe ze wszystkich miast Europy, a mieszkali tam Słowianie i ludność mieszana z innych narodów, Greków i barbarzyńców. Cudzoziemscy Sasowie również otrzymywali zezwolenie mieszkania tam na równych prawach z innymi, pod jednym warunkiem, a to żeby w czasie swego pobytu w mieście nie wyznawali otwarcie wiary chrześcijańskiej. Przez cały czas aż do zburzenia miasta jego mieszkańcy błądzili w wierzeniach pogańskich. Poza tym, jeśli chodzi o moralność i gościnność, trudno by znaleźć lud bardziej szlachetny i zacny. Bogate w towary wszystkich narodów, Jumne obfitowało we wszystko co było przyjemne i rzadkie.”

Helmold, rozdz.2. Jumne, Julin. nazywali tak Wolin Duńczycy, – Wineta – Niemcy

Na uwagę zasługuje również stolica Ratarów Radogoszcz, w ustach Helmolda: „- bardzo szeroko znana Retra, siedziba bałwochwalstwa, gdzie została wzniesiona wielka świątynia, poświęcona demonom, z których najważniejszym jest Radgast. Jego posąg ozdobiony jest złotem a łoże okryte purpurą. Zajmująca środek miasta warownia ma dziewięć bram, dostępu do niej broni ze wszystkich stron głębokie jezioro. Drewniany most użycza przejścia jedynie tym, którzy pragną złożyć ofiary lub zasięgnąć rady wyroczni.”

Helmold, tamże,

O budownictwie Słowian możemy z całą pewnością powiedzieć, że stało na poziomie dalekim od prymitywu. Świątynie słowiańskie były prawdziwymi dziełami sztuki, świadczącymi o wysokim smaku artystycznym i zamiłowaniu do piękna u ich twórców, biegłych w architekturze, rzeźbiarstwie i malarstwie.

Bije mocniej serce słowiańskie, gdy wyobraźnia chłonie opisy dawnej praojców świetności: „w mieście Szczecinie były cztery kontyny, lecz jedna z nich najokazalsza, zbudowana była z zadziwiającą sztuką i pięknie zdobiona, miała bowiem wewnątrz i zewnątrz rzeźby, obrazy postaci ludzkich, ptaków i dzikich zwierząt, które ze ścian spoglądały, a tak wiernie i naturalnie były przedstawione, że wydawały się jak żywe i życiem tchnące, i, co określiłbym jako rzadkość, żadna niepogoda, śnieg czy deszcz, nie były w stanie zaszkodzić świeżości barw malowideł zewnętrznych lub zamazać tego, co
sprawiła sztuka malarzy.”

Herbord, Życiopis św.Ottona,: za Wienecke, Untersuchungen zur Religion der Westslawen, Lipsk, 1940 s 240. Por. też Thede Palm, Wendische Kultstätten, Lund,1937.

Tak wyglądały dzieła słowiańskich mistrzów. Po nich przyjdą inni, zniszczą nienawistne im Piękno, a na jego gruzach obkadzać poczną swoje szpetne bohomazy.

Wspomnieć tu również należy o innym mieście pomorskim, Guckowie, gdzie mieszkańcy, zagrożeni przymusową chrystianizacją, używali wszelkich zabiegów by ocalić tamtejszy chram, który, uważany za wielkie dzieło sztuki, stanowił ozdobę miasta i przedmiot chluby ludności. Nie pomogło nic, i piękna świątynia guckowska podzieliła los wszelkich innych pomników sztuki słowiańskiej.

Zagładzie uległo piśmiennictwo słowiańskie, o którym wiemy, że było, a o którego poziomie możemy się dziś jedynie domyślać, porównując osiągnięcia naszych przodków w innych dziedzinach umiejętności ludzkich.

O roli, jaką słowa pisane odgrywało w życiu publicznym Pomorzan, sądzić możemy z tego, że gdy w roku 1128 książę Warcisław zwołuje wiec ogólnokrajowy i w tym celu rozsyła wici, są one pisane i zawierają wyszczególnienie spraw mających być przedmiotem obrad.

Neander, op. cit.

Już w wieku X Boso, biskup Merseburga, nawracacz Słowian, uważa za wskazane napisać dla nich liturgię katolicką w języku i alfabetem słowiańskim. Mowę słowiańską znał również cesarz Niemiec Otto I. Jeśli wierzyć kronice Prokosza, sztuka pisania znaną była naszym przodkom na długie wieki przed erą Gallów i Kadłubków. Przed nimi istniał długi poczet dziejopisów pogańskich, najstarszym z których miał być Wojan, ojciec historii polskiej, twórca pisma słowiańskiego.

Kronika Polska przez Prokosza. W wieku X napisana, z dodatkami z Kroniki Kagnimira, pisarza wieku XI, i z przypisami krytycznymi komentatora wieku XVIII Pierwszy raz wydrukowana z rekopisma nowo wynalezionego. W Warszawie, r.1825Według wydawcy, P. Dyjamentowskiego, rękopis ten, znaleziony, za St. Augusta, pochodzi od nieznanego ”komentatora”, który przepisał obie kroniki i zaopatrzył je własnymi przypisami.

Sięgamy tu w pełną tajemnic epokę Lechów, Wicimirów, Kraków, Przemysławów, Leszków, Ziemowitów – epokę wykreśloną z historii naszej, uznaną za bajeczną, psuje ona bowiem harmonię rzepichopiastowej legendy.

Mówiliśmy już o tym, jak to Słowianie Zachodni, posiadając morze, umieli uczynić zeń źródło gospodarczego dobrobytu i teren pokojowej pionierskiej pracy. Równie przedsiębiorczymi byli oni w dziedzinie morskiej sztuki wojennej. Słowianie pierwsi z ludów pobrzeża bałtyckiego poczęli budować statki zdolne do przewozu wojsk konnych. Tak jest; czego nie mogła dać kawalerii Czarnieckiego niedołężna Rzeczpospolita, jazda Pomorzan miała pięć wieków przedtem.

W roku 1136 książę Racibor, załadowawszy swą armię na 250 statków, po 44 ludzi i po 2 konie na każdym, płynie z tym wojskiem około 300 mil morzem i ląduje po drugiej stronie Bałtyku na skandynawskim brzegu.

Tam zdobywa leżące przy ujściu rzeki Goty bogate i silnie bronione miasto Konungahella, przy czym zagony jazdy osłaniają oblegającą miasto piechotę. Opisując szczegółowo przebieg oblężenia, kronikarz wymienia imiona dowódców wojsk Racibora, a mianowicie Unibor  i Dunimir.

O śmiałej tej wyprawie długo było głośno na całej Północy. Dziś – Któreż dziecko polskie zna imiona bohatrów, pomni dni sławy, kiedy to skaliste brzegi Skandynawii grzmiały echem kopyt słowiańskich koni.

Snorre Sturlason, Hemskringla, or The Lives of the Norse Kings, Cambridge, 1932. Ta kronika norweska z XIII w. uważana jest za główne źródło do historii, Skandynawii. Konungahella – dziś szwedzki Kungelf. Por. także: L, Leger, Les Anciennes Civilisations Slaves, Paryż, 1921.

Bardziej niż daleka ojczyzna Wikingów, wystawione były na najazdy Pomorzan, zarówno z morza jak i lądu, bliskie dzierżawy Duńczyków, starych nieprzyjaciół i rywali o władztwo Bałtyku.

I gdy czytamy, jak to król Danii Svein posyła w r. 1157 dary dla Światowida w Arkonie – m. in. kosztowny puchar złoty – widzimy w tym nie sentyment, ale gest polityczny dla pozyskania względów groźnych na morzu Ranów.

Saxo Grammaticus, wyd. Oliver Elton, Londyn., 1894, ks. XIV, s. 564. Por. także: Widajewicz, The Western Slavs on the Baltic, Toruń, 1936.

Dary chrześcijańskiego monarchy u stóp słowiańskiego Boga – cóż za wspaniały widok!

Tak było w one dni sławy i potęgi, kiedy zdawało się, że rozlany szeroko na olbrzymich przestrzeniach od Peloponezu po Jutlandię żywioł słowiański decydować będzie o obliczu Europy. Sławę Trygława śpiewały nie tylko fale Bałtyku, kamienne twarze dumnego bożyca patrzyły również ze szczytów Karkonoszy w modrą toń Jadranu, Adriatyckiego morza.

Nie raz nie dwa szczerbił się miecz słowiański o mury złotego Carogrodu, a zbrojne zadrugi niosły swe panowanie hen aż do Grecji na Jońskie wybrzeża. Na przełomie VIII w. zanosiło się na to, że Europa stanie się słowiańską.

To nie nastąpiło, przeciwnie, następne stulecia przynoszą już tylko powolne lecz ciągłe cofanie się Słowiańszczyzny, upadek jej kulturowy, niewolę duchową i utratę samodzielności politycznej ludów słowiańskich. Dotyczy to w pierwszym rzędzie Słowiańszczyzny Zachodniej.

Jest rzeczą niezmiernej dla nas wagi zdanie sobie sprawy z tego, jak się to stało. Od razu trzeba stwierdzić, że to co na ten temat mają do powiedzenia nasi uczeni, razi płycizną i brakiem krytycyzmu.

Nauka nasza orzekła bezapelacyjnie, że powodem nieodegrania przez ludy słowiańskie poważniejszej roli historycznej były wrodzone rzekomo Słowianom bierne cechy ich charakteru, a w szczególności skłonność do anarchii i niezdolność organizacyjna. Fenomen katastrofy dziejowej Słowian trzeba było w jakiś sposób wytłumaczyć, przyjęto więc podsuniętą przez obcych tezę o „improduktivite slave”.

Teoria o nietwórczości słowiańskiej powstała w czasie, gdy Słowianin jest już tylko pojęciem biologicznym, a dawno przestał istnieć jako typ duchowy, reprezentujący własną, słowiańską kulturę.

Z czasów gdy ta ostatnia była wartością żywą, historia przekazała nam zgoła odmienny obraz Słowianina jako typu człowieka. Możemy o nim sądzić choćby na podstawie tego, co wyżej zostało zebrane fragmentarycznie w odniesieniu do Słowian Zachodnich, do których my należymy.

Zarzut anarchizmu Słowian wydaje się tym mniej przekonywujący, skoro się zważy, że wszystkie narody Europy wykluwały się wśród nieopisanego zamętu i chaosu walk wewnętrznych, kiedy to twory państwowo-polityczne znikały równie szybko jak powstawały, a liczba udzielnych księstw i ksiąstewek w łonie jednej i tej samej masy biologicznej szła, jak w Niemczech, w dziesiątki i setki.

Ci zaś, co w dobrej wierze anarchizmem słowiańskim chcieliby tłumaczyć stan rzeczy w Polsce w epoce zwanej saską – stawiają się sami poza nawias ludzi myślących.

Porażka dziejowa Słowiańszczyzny, to przede wszystkim zagadnienie kulturowe. Żywioł słowiański przestaje być samodzielnym podmiotem historii a staje się jej przedmiotem z chwilą, gdy zniszczeniu ulega motor duchowy, który tę olbrzymią masę biologiczną wprawił w ruch, nadawał jej wyraz i kierunek, stanowił o jej spoistości wewnętrznej i prężności na zewnątrz. Motoru tego zabrakło, gdy zniszczona została kultura słowiańska.

Przyczyny klęski danego typu kulturowego mogą być trojakie: zetknięcie się z innym, wyższym typem kultury; zniszczenie mechaniczne przez wrogie siły fizyczne; niemoc wewnętrzna jako skutek zaszczepienia elementów rozkładowych z zewnątrz. Pomijamy tu wypadek śmierci naturalnej typu kulturowego z powodu jego przeżycia się, o czym w odniesieniu do młodej kultury słowiańskiej nie można mówić. Na jej zniszczenie złożyły się trzy pierwsze przyczyny.

Zachód Europy, znajdując się w bezpośrednim i długotrwałym zasięgu kultury grecko-rzymskiej, miał czas i możliwość wysunięcia się na przód w swym rozwoju według wzorów już gotowych, po które trza było jeno ręką sięgnąć do bezpańskiego skarbca po starożytnych.

Chrześcijaństwo, ta swoista kategoria kulturowa, zanim usadowi się w duszy Zachodu ze skutkami widocznymi dopiero w późnym średniowieczu, jest na początku tego okresu raczej tylko instrumentem szerzenia bezsprzecznie najwyższej w ówczesnym świecie cywilizacji rzymskiej, względnie tego co po niej pozostało. Cesarstwo rzymskie Karola Wielkiego to nie tylko wyraz ambicji politycznych, ale również świadectwo latynizacji Zachodu.

W starciu z tym uformowanym już i okrzepłym duchowo Zachodem młode, występujące dopiero na drogę rozwoju Słowiaństwo było z natury rzeczy stroną słabszą, i to właśnie, nasza młodość kulturowa zadecydowała o wyniku walki.

Bo chociaż piękne osiągnięcia możemy zapisać na dobro Słowian Zachodu, to jednak jako całość Sławia w stosunku do swych wrogów, dysponujących bogatym dziedzictwem Rzymu, była konkurentem na dorobku, wartością kulturową młodszą, – i to ją zgubiło.

Wynikiem zetknięcia się dwóch obcych sobie światów może być tylko walka, nieubłagana, na śmierć i życie, a toczy się ona nie tylko wtedy gdy szczęka oręż i leje się krew. Wojny są jedynie epizodami w bezkrwawych zmaganiach o zwycięstwo własnego sposobu pojmowania życia – stawka, która w każdym momencie dziejów mobilizuje ludzi przeciwko ludziom, ideę przeciwko idei, kulturę przeciw kulturze.

Świat słowiański i świat Zachodu to były moce nawzajem się wykluczające i najbardziej sobie wrogie. Toteż z łatwością przyszło chrześcijaństwu poruszyć przeciwko Słowianom całą potęgę Zachodu, rozpalić wyobraźnię świeżo pozyskanych dla krzyża ludów, które z zapałem i gorliwością neofitów podejmują hasło walki z pogaństwem.

Wyprawy krzyżowe, o czym nasi historycy wolą milczeć, szły nie tylko do Palestyny.

Krucjacie z 1147, związanej z imieniem Bernarda z Clairvaux, przyświeca jako jeden z celów złamanie dumnych Słowian połabskich. Zebrane wówczas wojska dzielą się na trzy części: jedna z przeznaczeniem do Azji, druga do Hiszpanii przeciwko Arabom, trzecia zaś armia rusza na podbój Sławii. Wyprawie, która ściągnęła panów i książąt z całych Niemiec, przewodzi z ramienia papieża jego legat i biorą w niej udział „wszyscy biskupi Saksonii”

Helmold, rozdz.62.

W sławnej pamięci pozostanie bohaterska postać Niklota, księcia zagrożonych w pierwszym rzędzie Obotrytów, który nie czeka na wroga bezczynnie, uderza pierwszy, pustoszy jego ziemie, a równocześnie, budując twierdze na własnej granicy i zabiegając o pomoc sąsiadów, nie zaniedbuje niczego dla odparcia najazdu.

Krucjata z roku 1147 nie była pierwszą ani ostatnią. Wyprawy na Słowian, organizowane przez papiestwo, groźne były tym bardziej, że pokrywały się całkowicie z interesem politycznym „Niemiec” (WP: żadnych Niemiec wtedy nie było – „Niemcy? Jacy Niemcy? – Historia Europy 600 – 1000 A. D.„). Katolicki krzyż i germański miecz złączyły się we wspólnym wysiłku, by nieść znienawidzonej Sławii niewolę duchową i zagładę fizyczną.

Skuteczny odpór połączonym siłom wrogów dać tylko mogła zjednoczona moc słowiańska i nie brak dowodów, że świadomość tego istniała wśród poszczególnych plemion, zwłaszcza połabskich.

Z biegiem czasu zarysowują się tam trzy większe ośrodki krystalizowania się jedności słowiańskiej: związek Serbo?Łużycki, związek Weletów i związek Obotrytów. Tym ostatnim często stają w potrzebie Pomorzanie, Czesi w utrzymaniu się Lutyckiego szańca widzą swój własny dobrze zrozumiany interes.

Właśnie Czesi karzą śmiercią odstępcę wiary ojców, Wacława, który inaczej niż to czyniła jego matka, dzielna Drahomira, pozostawił bez pomocy napadniętych Połabian i ukorzył się przed Niemcami.

Nim doszło do nierozumnych walk Krzywoustego z Pomorzanami, musiały istnieć jakieś ściślejsze związki pomiędzy tymi ostatnimi a Polakami, skoro Nestor żyjący w XII w. mógł pisać o jednym wielkim plemieniu Lechitów, w skład którego wchodzili oprócz Polan także i Pomorzanie, Wieleci oraz Obotryci, ponadto Mazowszanie, Wiślanie i inni.

Proces politycznego jednoczenia Sławii Zachodniej, zapoczątkowany powstaniem rozległego państwa Samona w VII w., imperium wielko-morawskiego w IX w. a związków połabskich w tym samym względnie późniejszym czasie – zwolna, ale postępował, a jego pierwsze etapy, znaczone nietrwałością tych tworów, należą do normalnych zjawisk w przebiegu krystalizacji wspólnoty rasowo-kulturowej.

Niestety, za Łabą proces ten, z przyczyn o których już mówiliśmy, dokonywa się szybciej.

W chwili gdy świat germański rusza na podbój Sławii, nie jest ona jeszcze dojrzałą kulturowo na tyle, by poczucie wspólnoty krwi i ducha skupić mogło rozstrzelony żywioł słowiański w jedną potężną całość, świadomą siebie, swych przeznaczeń i celów.

Odruchy samozachowawcze młodej, nieobjawionej jeszcze samej sobie duszy słowiańskiej są nieraz ślepe, często wprost samobójcze. W momencie gdy na przedpolach Polski krwawią się Połabianie, którzy bohatersko opierają się germanizacji i katoliczeniu – w tym momencie Mieszko I otrzymuje chrzest, tym samym wprowadza bezwiednie wroga na tyły wiernych obrońców słowiańskiej ziemi i kultury.

Historycy nasi rozpływają się w pochwałach kroku Mieszka, jako aktu mądrości politycznej. Poglądy ich zgodne są na tym punkcie z bezinteresowną opinią członków Towarzystwa Jezusowego.

Wprowadzenie chrześcijaństwa do Polski, poza tym że było ciosem w plecy walczących Połabian, rozsadzeniem Lechii od wewnątrz, nie tylko że nie odsunęło od Polski niebezpieczeństwa germanizacji, ale przeciwnie, skutecznie torowało jej drogę. Poddanie się chrześcijaństwu postawiło Polskę w roli klienta Zachodu, skazywało na trwałą zależność odeń w dziedzinie najbardziej decydującej o stosunku wzajemnym narodów, bo kulturowej. Zmuszona do wyrzeczenia się tego wszystkiego co stanowiło dotąd jej własne oblicze duchowe, Polska wchodzi do społeczności narodów zachodnich jako nowicjusz, długo bez jakichkolwiek szans na dorównanie, a tym bardziej na przodownictwo swoim mistrzom.

Wyższość Zachodu reprezentowały wobec Polski, zwłaszcza w początkowym okresie, Niemcy, i to zaważyło fatalnie na dalszym układzie sił na naszych zachodnich granicach.

Uczynić trwałym dzieło Chrobrego, podnieść je do roli wszechsłowiańskiego imperium, nadać mu siłę atrakcyjną w oczach wycinanych na progu Polski plemion tego samego języka, tej samej wiary i ducha – mogło tylko pogaństwo.

Pogaństwo jako więź kulturowa, wspólna tej olbrzymiej masie ludzkiej, słowiańską mową słowiańskiego Światowida sławiącej.

Tej mocy drzemiącej w ich sercach i duszach, przodkowie nasi nie byli jeszcze w pełni świadomi. Idea zjednoczenia Sławii pod wodzą Polski straciła swą moc z chwilą, gdy zgasły znicze w Poznaniu, Gnieźnie, Krakowie.

Na miejsce zniczów postawiono, mieczem obcym chronione, krzyże – symbole zagłady tego wszystkiego co było duszą Słowiańszczyzny. I, równocześnie, symbole wciskania się niemczyzny.

Bez znaczenia pozostaje podkreślany w podręcznikach historii szczegół, że pierwsze forpoczty chrześcijaństwa dostały się do Polski nie prost z Niemiec, a drogą okrężną przez Pragę.

O chrześcijaństwie, a tym mniej o katolicyźmie czeskim z tego okresu nie można mówić poważnie, zważywszy, że długo po Cyrylu i Metodym i św. Wacławie, wciąż silne pogaństwo kilkakrotnie odzyskuje władzę nad krajem, jak za Drahomiry i Bolesława I, który panowanie swoje rozpoczyna rzezią chrześcijańskich księży.

Św. Wojciech dwukrotnie uchodzić musiał przed wzburzonym ludem, z Pragi do Rzymu, a okoliczności które skłoniły nieszczęsnego biskupa do udania się do Prusów były zgoła dramatyczne.

Wydaje się, że zwątpiwszy w nawrócenie zatwardziałych w pogaństwie rodaków, a wiedząc z doświadczenia, że do Rzymu, jako wygnaniec, nie ma po co wracać – w samobójczej, aureolą męczeństwa opromienionej śmierci poszukał końca swych zawodów i upokorzeń.

Słowianie, dopóki byli wolni, żywili uczucia dalekie od miłości w stosunku do świętych patronów, narzuconych im później przez Rzym.

Jakże straszliwą wymowę posiada to, że zarówno św. Wacław, symbol upadku godności narodowej, jak i św. Stanisław, zdrajca swego króla, zostali patronami, jeden Czech, drugi – Polski!

Zanim do tego dojść mogło, długo lała się krew i dymiły zgliszcza po całej ziemi naszej. Podobnie jak to było nad Łabą, na Pomorzu, w Czechach i gdzie indziej, katolicyzm wchodził do Polski po trupach – o tym trzeba pamiętać.

Wprowadzany siłą, katolicyzm w Polsce długo jeszcze nie ważył się zapuszczać swych korzeni poza obręb miast i warowni, a cudzoziemskimi mnichami obsadzonych klasztorów. Lud w swej masie trwał mocno w wierze ojców.

Po śmierci Mieszka II w r. 1034 zwycięskie pogaństwo zmiata z ziemi polskiej i te nieliczne placówki katolicyzmu i niemczyzny.

Na chwałę Światowida płoną, gdzie je zdążono postawić, kościoły. Kazimierz Mnich z jego niemieckim otoczeniem uchodzić musi z kraju, lud wszędzie wycina znienawidzonych księży. Oprócz momentów religijnych i, mówiąc językiem dzisiejszym, patriotycznych, w tym wybuchu żywiołowej nienawiści mas ludowych grały też swoją rolę względy socjalne.

Krzyż oznaczał nie tylko wyrzeczenie się ojczystych bogów i obyczajów, ale również uciążliwe dziesięciny na rzecz kleru, z czym wszystkim wolny kmieć słowiański nie mógł się pogodzić bez walki.

Liczne powstania poniewolonych już plemion nadłabskich często na tym wybuchały tle i tym też w dużej mierze należy tłumaczyć zaciekłość, z jaką lud za Masława wyrzynał apostołów zagranicznej wiary.

To co u ludu było odruchem instynktownym, naturalną reakcją wobec obcości, wśród światlejszych elementów, skupionych wokół Masława, księcia Mazowsza, wyrażało się w świadomym dążeniu do odbudowy państwa na zasadach rodzimego pogaństwa.

Masław dostrzegał jasno niebezpieczeństwo krzyża, zdawał sobie sprawę, że chrześcijaństwo i słowiańszczyzna to są dwa światy nawzajem się wykluczające, że nie ma dla nich miejsca obok siebie razem na ziemi polskiej.

Tragedią Masława było, że w tej przełomowej epoce tak jasno jak on patrzyło w Polsce niewielu. Rozumiemy pobudki katolickich historyków, usiłujących pomniejszyć wypadki doby Masława, a jego samego sprowadzić do wymiarów zwyczajnego awanturnika.

Wyniosła postać pogańskiego władcy nie pasuje im do rzewnego obrazku rzepichopiastowej Polski, radośnie padającej w objęcia krzyża. Z historii naszej nic nie wymaże faktu, że w sto lat prawie po owym reklamowanym roku 966 – w samym sercu polski powiewał dumnie sztandar Światowida.

Masław nie cierpiał katolicyzmu całą mocą swej słowiańskiej duszy, jak mówi podanie, darować głosicielom swoistej czystości duch ich pogardy dla spraw cielesnej higieny, co w oczach Słowian, zamiłowanych w swoich łaźniach, piętnowało katolickich mnichów mianem brudasów.

Takimi też byli ci pionierzy wytworzonej w zaduchu cel pustelniczych doktryny, że poniżenie człowieka dodaje chwały Bogu, że niechlujstwo ciała jest cnotą, a czystość osobista oznaką grzesznej pychy. Słowiańska łaźnia, ten piękny i charakterystyczny szczegół życia naszych przodków, znika w miarę szerzenia się katolicyzmu i staje się na wsi polskiej zamierzchłym wspomnieniem w epoce saskiej, kiedy kościół i karczma stanowiły jedyne ośrodki życia zbiorowego ludności wiejskiej, kiedy na głowach bogobojnych owieczek rosły kołtuny, i kiedy w stolicy „postępowy” król bił własne wszy za pomocą srebrnego młotka.

Wróćmy jednak do czasów stokroć interesujących. Na to co się działo w Polsce po wygnaniu Mnicha, nie mógł patrzyć obojętnie ani papież ani cesarz niemiecki, jednakowo zainteresowani.

Masław, zanim zdołał zorganizować kraj, osłabiony walkami wewnętrznymi i najazdami sąsiadów, ma do czynienia z powracającym na czele rot niemieckich Mnichem.

Walka trwa przez całe sześć lat, w ciągu których mnich raz za razem ponosi porażki, jest bity w każdej co roku ponawianej próbie opanowania Mazowsza, gdzie Masław trzyma się mocno. Dopiero nowa pomoc zagraniczna, tym razem Jarosława Kijowskiego, uzyskana przez Mnicha za cenę Grodów Czerwieńskich, przechyla ostatecznie szalę na rzecz chrześcijaństwa.

W roku 1047 na polach Płocka dochodzi do rozstrzygającej bitwy, i w bitwie tej, pod stosami 15 000 poległych wojów Masława pada Polska słowiańska. Wprawdzie katolicyzm długo jeszcze nie czuje się pewnie w roli zwycięscy – walki z odradzającym się wciąż pogaństwem wypełniają w Polsce cały wiek XI i XII, – ale wynik tych rozpaczliwych bojów jest już z góry przesądzony. Pomorze, ostatni bastion pogaństwa, po upadku Masława może się spodziewać od Polski wszystkiego prócz pomocy.

W roku 1168 przestaje bić serce Słowiańszczyzny – pada królewska Rana. Na poniewolonych ziemiach, wydanych na łup zagranicznych misjonarzy, święci swój krwawy triumf, szaleje orgia niszczenia kultury słowiańskiej. Na zagładę zostaje skazane wszystko, co w jakikolwiek sposób przypominać mogło ujarzmionemu ludowi chwałę jego wolnych przodków, świetność pogańskiej Sławii.

Gdzie tylko stanęła stopa chrześcijańskiego barbarzyńcy, tam śmigał topór, padały posągi bogów, ogień trawił chramy, te arcydzieła sztuki słowiańskiej. Nie pozostał z nich kamień na kamieniu, miejsca gdzie stały równano z ziemią.

Dla ciemnych wyznawców Chrystusa bożek słowiański to nie była tylko kwestia figury z drzewa czy kamienia i osnutego dokoła niej zabobonu. Wszak w opinii największych Ojców i Doktorów Kościoła bóstwa pogańskie to były istoty żywe, demony, wrogie moce nadprzyrodzone, w istnienie których wierzono równie silnie jak we własnych świętych niebieskich.

Niszczenie pogaństwa równoznaczne było ze ściganiem wszechobecnego szatana, odbywało się przeto z całą bezwzględnością na jaką mogły się zdobyć nienawiść i fanatyzm.

Tutaj tytułem dygresji warto nawrócić do tego cośmy mówili w rozdz. V o sentymentach w katolicyzmie. Dopóki obiekty ich były czymś żywym, konkretnym, na każdym kroku w życiu właśnie ziemskim spotykanym, – jak demony i inne moce szatańskie, dopóty widzimy w katolicyzmie sentymenty mocne, intensywne, do gorączki fanatyzmu dochodzące.

Dziś, gdy nawet dla najtępszego dewota szatan jest pojęciem abstrakcyjnym, od życia oderwanym, zdematerializowanym, – pojęcie to nie jest już zdolne stać się obiektem żadnego sentymentu, nie różnicuje żadnych w duszy ludzkiej emocji, do żadnego nie prowadzi czynu.

Wówczas w Polsce, gdy szatany czaiły się za każdym dębem świętym, gdy biesów pełne były chramy, gaje i węgły domostw nawet, w on czas Kościół z wprawą nabytą wiekowym doświadczeniem, burzył, palił, skazywał na potępienie i prześladował.

W Polsce każdy opat w promieniu swego klasztoru, każdy proboszcz w swej parafii miał obowiązek służbowy tępienia wszelkich, najbardziej zdawało by się niewinnych śladów pogaństwa.

Jeśli się przypomni, jak na Wschodzie z bogatej literatury antykatolickiej z pierwszych wieków chrześcijaństwa nie zachowało się nic, jak Kościół potrafił spalić wszystko, – to tym bardziej nie można się dziwić, że nic nie ocalało z pogańskiego słowa pisanego na obszarach Sławii, gdzie Kościół, czując się w roli zdobywcy, nie potrzebował krępować się niczym w stosowaniu udoskonalonych wiekową praktyką metod niszczenia przeciwnika.

Nie można było wymagać od ciemnego mnicha z Niemiec czy z Frankonii, by znalazłszy się w roli pioniera nowej kultury w kraju obcym mu językiem, obyczajem, tradycją, miał jakiekolwiek zrozumienie dla pamiątek przeszłości, niszczenie których było jego obowiązkiem i potrzebą duszy.

W rezultacie nie mamy dziś ani jednego skrawka dokumentu pisanego z czasów Polski pogańskiej, ani jednego ułamka rzeźby, malowidła, żadnego szczątka który by mógł świadczyć o pięknie epoki wydanej na pastwę wandali w sutannach.

Nie mamy z tych czasów ani jednego bodaj podania, legendy, pieśni, niczego, co by nie przeszło przez magiel Kościoła, wyprane ze swej pierwotnej treści, zniekształcone, przebóstwione na chwałę katolickiego Boga i na użytek zwycięzców.

Na miejsce Światowida podsunięto jakby na urągowisko św. Wita, Kupałę przefasowano na św. Jan, wśród słowiańskich godowych kraszanek zjawił się baranek judeo-perski z chorągiewką w racicy, złociste promienie słonecznego Daćboga ściągnięto na aureolę dla św. Eljasza.

Robota była systematyczna, dozorowana pilnie przez Rzym, który w samym jedynie wieku XIII wysyła do Polski ni mniej ni więcej tylko 49-ciu legatów papieskich.

Potomków tych co z imieniem Peruna na ustach gromili zastępy krzyżowców, uczono zawodzić pieśń mnichów klasztornych: „O Gloriosa Domina”, która to kantyczka w przeróbce na język polski, jako pieśń św, Wojciecha, nazywa się dziś starodawnym hymnem rycerstwa polskiego!

Z pozbawionym głosu narodem samozwańczy opiekunowie mogli robić i robili co chcieli. Z chwilą zniszczenia rodzimej kultury co była siłą cementującą je w jedną całość, poszczególne kraje słowiańskie tracą samodzielność swego rozwoju, a co za tym idzie politycznych i wszelkich innych.

Zawsze gotowe się ujawnić w każdym wielkim organizmie tendencje odśrodkowe nie mają już żadnego hamulca, pomiędzy licznymi ludami jednej niegdyś Sławi wyrasta stale pogłębiająca się przepaść różnic religijnych, językowych, cywilizacyjnych.

Rozbici na mnóstwo karłowatych tworów państwowych Słowianie stają się jako piasek na pustyni miotany wichurą. Burze dziejowe przewalać się odtąd będą bezkarnie po ziemiach słowiańskich, niosąc żywiołowi słowiańskiemu śmierć, zniszczenie i niewolę.

Połabianie giną do szczętu niemal, Ruś jęczy przez wieki pod knutem Tatara, Południe odcięte od zaplecza fatalnym klinem madziarskim pada łupem Islamu i okazyjnie krucjat papieskich.

Czechy po zastrzyku chrystjanizmu wiją się w konwulsjach choroby wewnętrznej, której symptomy, w postaci na pozór łagodniejszej ale tym bardziej straszliwe w skutkach, wystąpią w Polsce w całej swej grozie nieco później, w epoce saskiej.

Losy Polski stanowią najbardziej wstrząsający akt w tragedii biosu słowiańskiego.

Polska, której duchowy rozwój zwichnięto u kolebki, ma na tyle sił żywotnych, by przez dość długi okres następny swych dziejów cieszyć się względną jeszcze pomyślnością i rozrostem. Kryzys wybuchnie dopiero pod koniec XVI wieku, gdy hamowany dotąd proces katoliczenia wystąpi ze zdwojoną gwałtownością, po czym sparaliżowany, uśpiony w letargu katolickiego błogostanu naród stanie się bezwolnym obiektem bezbolesnej już operacji rozbiorów.

Operacji oczywiście przez katolicyzm ani przewidzianej ani pożądanej, niemniej przezeń zawinionej.

Zbliżamy się do zakończenia niniejszych rozważań. Zmierzają one do wykazania, że Polska Ideologia Grupy, polski charakter narodowy, zanim wykształcił się w swą dzisiejszą postać, przeszedł trzy fazy rozwojowe.

W fazie pierwszej, gdy naród oddycha atmosferą własnej, rodzimej kultury, charakter ten jest słowiańskim. W rzędzie kategorii kulturowych stanowi typ zdecydowanie dodatni, jest charakterem twórczym, mocnym, jest pięknym okazem możliwości rozwojowych człowieczeństwa. Tym piękniejszym i drogim, że naszym własnym. Stajemy ze czcią przed cieniami przodków co wspaniałym duchem słowiańskim ożywieni tworzyli wielkość naszej Rodzicy – Sławii, szeroko po świecie roznosili chwałę jej imienia.

W XII wieku gasną znicze co chwale tej dodawały blasku. W mrokach nocy co zaległa ojczystą jego ziemię ginie szlachetny typ Słowianina.

Następną fazę w historii Polskiej Ideologii Grupy możemy określić jako okres fermentacji duszy narodowej, w której silne są jeszcze pierwiastki słowiańskie, a nalot chrześcijaństwa, przechodzącego swój własny kryzys, zbyt słaby jest jeszcze by je zdławić.

Rozpędem dawnej jeszcze żywotności idąc, naród dochodzi do znacznej potęgi polityczno-wojskowej, nie może ona jednak stać się fundamentem pod budowę równie potężnego ośrodka kulturowo-cywilizacyjnego co byłby zdolny przetworzyć oblicze Europy środkowo-wschodniej i żywiołowi polskiemu trwałe w niej przewodnictwo zapewnić.

Nie może, bo chociaż ramię jeszcze silne, dusza narodu jest okaleczała. Duch narodu, ten istotny motor dziejotwórczy, jest już pozbawiony dopływu oryginalnej siły napędowej, jest już traktowany coraz obficiej mieszanką doń się nie nadającą.

Motor duchowy polski zacina się, zwalnia obroty, w końcu staje i zastyga w bezruchu.

Następuje to z chwilą gdy po brzemiennym w skutki przełomie kulturowym w Polsce pod koniec XVI wieku katolicyzm, ten sztucznie na pniu biologicznym narodu zaszczepiony system duchowy, przyjmuje się w pełni i staje się odtąd jedyną treścią wypełniającą dusze milionów.

Rodzi się i pleni polakatolik, jedyny odtąd obywatel Wielkiej Parafii Nadwiślańskiej jaką staje się Polska.

Polakatolik – ślepy janczar tych co z jego domu uczynią przedmurze chrześcijaństwa i umierać każą za ideały wiodące naród prostą drogą do zatraty.

W tym to okresie, jako prawe dziecko katolicyzmu, zostaje wykształcona Polska Ideologia Grupy w jej dzisiejszej postaci, w okresie tym krystalizuje się ostatecznie to co dziś zwie się polskim charakterem narodowym.

Przebieg tego procesu będzie tematem dalszych rozważań. Tutaj należy jedynie stwierdzić, że charakter narodowy polski, jedyny czynnik decydujący o losach narodu, jest, od fatalnego przełomu w wieku XVI do dziś, – produktem katolickiej kultury.

Charakter ten nie ma w sobie nic a nic ze Słowiańszczyzny, jest jaskrawym zaprzeczeniem twórczego ducha starożytnych przodków naszych.


Czytaj więcej: http://toporzel.pl/teksty/bezd.html#rozdz_6
​​​​​
http://slowianin.wordpress.com/2012/08/20/filozofia-jana-stachniuka/

Jestem poganinem, Słowianinem!

http://slowianin.wordpress.com/2012/05/31/jestem-poganinem-slowianinem/

https://rodzimowierca.wordpress.com/2012/07/09/po-co-nam-mistrzostwa-igrzyska/

4 myśli nt. „Gdy dusze były jeszcze słowiańskie

  1. Autor artykułu niestety dla siebie, stawia błędną tezę o młodości kultury słowiańskiej, mniemam w stosunku do kultury antycznej, Grecji i Rzymu.
    Pomimo całego sarkazmu, autor jakoś nie przewiduje, że kultura Słowian jest starsza od tych kultur „antycznych”. Zaś one same wypływają właśnie z kultury słowiańskiej.
    Niestety, ostatnie odkrycia genetyki, archeologii, lingwistyki przeczą tezie o młodości kultury słowiańskiej. Kultura słowiańska jest starsza od sanskrytu.
    Pomimo całego sarkazmu, autor nadal wpisuje się w tezę, że Słowianie spadli z drzew błot Prypeci, jako okryci w skóry barbarzyńcy.
    Tą samą młodością kultury autor tłumaczy upadek kultury Słowian.
    Autor jakoś nie bierze pod uwagę podstępnego działania chrześcijaństwa, a tym bardziej działań V kolumny w postaci klechów chrześcijańskich oraz kulturowych zrajców, którym pachniała władza i bogactwa.
    Dużą rolę w krzewieniu tej pustynnej zarazy odegrały kobiety słowiańskie. Zwłaszcza ich wrażliwość na czyjś ból i krzywdę.
    „A Jezusik taki biedny wisiał na tym krzyżu”.
    Klechy chrześcijańskie wiedziały jaką nutą zagrać na wrażliwości kobiet.
    To przecież kobiety wychowują pokolenia, to one ciągną te nieświadome dzieci do kościółków, gdzie są indoktrynowane wypaczoną ideologią. Tak jest do dzisiaj. „Dziecko trzeba ochrzcić, bo co ludzie powiedzą”. „Kopertę trzeba dać klesze, bo mnie na cmentarzu zabroni pochować”. To głównie kobiety są motorem pchającym w szpony kościółka i to głównie na ich psychikę stawia kościółek.
    Nie przeczę, są i oszołomy – bigoty męskie.
    Ileż to starych babuszek siedzi po kościółkach, starając się wyprosić dla siebie miejsce w raju, jednocześnie oddając kościółkowi swój ostatni „wdowi grosz”?

    Lubię

    • Właśnie zdradziedzcy Piastowie są klinem chrześcijańskim wbitym w serce Słowiańszczyzny.
      To oni zdradziecko wbili nóż w plecy broniących się Słowian Zachodnich. To wojska Mieszka i Chrobrego brały udział w krucjatach przeciw pogańskim Redarom i Wieletom.
      Elitom słowiańskim zaszczepiono zarazę feudalizmu chrześcijańskiego. To był początek naszego upadku.
      Zaraza chrześcijańska jest tą chorobą, która drąży nas do dzisiaj.

      Lubię

      • „W chwili gdy świat germański rusza na podbój Sławii, nie jest ona jeszcze dojrzałą kulturowo na tyle, by poczucie wspólnoty krwi i ducha skupić mogło rozstrzelony żywioł słowiański w jedną potężną całość, świadomą siebie, swych przeznaczeń i celów.”

        To jest jedna z bezsensownych tez autora.
        Kilka wieków wcześniej Słowianie, jako znakomicie połączona potęga rozdeptała, jak pluskwę imperium rzymskie. Tego nie zrobili zawszeni Germanie – kundle.

        Lubię

      • każdy naród zyjacy obecnie jest stary tak jak ziemia z marsa nie spadliśmy chociaż kto wie , może miliony lat temu słońce swiecilo tak mocno ze to mars miał takie warunki do zycia takie jakie sa obecnie na ziemi a ziemia była jak teras Wenus

        Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s