Jeszcze bardziej niesamowita Słowiańszczyzna


Z Witoldem Jabłońskim, pisarzem, publicystą, dziennikarzem, rodzimowiercą, autorem prawie 20 powieści o rodzimej kulturze, słowiańskich korzeniach oraz jego ostatniej książce „Słowo i Miecz” rozmawia Jakub Napoleon Gajdziński.

Co to jest rodzima kultura? Rodzima kultura to nasza prawdziwa tradycja, obyczaje i religia.

Nasza tradycja, nasze kulturowe korzenie, a więc także wierzenia i obyczaje, zatarte bądź wchłonięte przez chrześcijaństwo. Zarówno współczesna nauka, jak i literatura, a także ruchy rodzimowiercze starają się odgrzebać je spod pryzmy ignorancji i zapomnienia. Fakt, że zaistniał taki proces świadczy o ich żywotności, chociaż całe wieki wmawiano nam, że jest to rozdział zamknięty, do którego nie warto wracać.

W jakiej kondycji jest współcześnie rodzima kultura?

Słowiańszczyzna była świadomie i programowo przez katolickich historyków i twórców marginalizowana, infantylizowana i „upupiana”, jak wstydliwy epizod dzieciństwa, o którym najlepiej zapomnieć (pisała o tym ciekawie Maria Janion w „Niesamowitej Słowiańszczyźnie”). Wytworzył się stereotyp Polaka katolika („Tylko pod krzyża znakiem…”) i Słowianina jako ciemnego, poczciwego głupka w siermiędze i łykowych łapciach. Taki nieprawdziwy i krzywdzący wizerunek propagowała też literatura młodzieżowa okresu PRL – komuniści upierali się, że Słowiańszczyzna była „ludowa” i na jej ludowość kładli największy nacisk. Spowodowało to ogromne spustoszenia w naszym odbiorze rodzimej tradycji. Znamienne, że kiedy opowiadałem na prelekcjach o moim projekcie „Słowo i miecz”, wielu słuchaczy było przekonanych, że piszę książkę dla dzieci – tak jakby o Słowianach nie można było pisać w sposób „dojrzały” i poważny. Postanowiłem przełamać ten schemat myślowy. Obecnie widać wyraźnie rodzącą się potrzebę czerpania ze swojskiego kulturowego dziedzictwa, co w moim odczuciu jest zjawiskiem niezmiernie pozytywnym, świadczącym, że mija czas bezkrytycznego zapatrzenia w Zachód i pojawia się pragnienie odnalezienia własnej tożsamości wśród narodów Europy.



swadziebnik


Podczas zjazdu rodzimowierców w 2013 roku mówił Pan o zagrożeniu ze strony „głosicieli radosnej nowiny”. Czy to tylko perspektywa historyczna? Czy coś dzisiaj zagraża rodzimej kulturze? Jeśli tak to co?

Obserwując dyskusje toczone w kręgach rodzimowierców, dostrzegam niepokojące ślady „ukąszenia katolickiego”. Ponad tysiąc lat permanentnej indoktrynacji zrobiło jednak swoje. Niebezpieczne są tęsknoty za niepodważalnym dogmatem, typowym dla religii monoteistycznych, próby tropienia „nieprawomyślności”, „herezji” itp. Wybuchające co jakiś czas na portalach rodzimowierczych spory o „prawdziwe” imiona bogów są dobrym przykładem. Niektórzy nie rozumieją, że dla naszych przodków było oczywiste, iż wszystkie plemiona słowiańskie czczą tych samych bogów, tylko w różnych lokalnych plemiennych wcieleniach („Perun jest mnogi” jak tłumaczył ruski wołchw chrześcijańskiemu kronikarzowi). Jeśli Słowianin wybierał się np. do Arkony złożyć ofiarę Świętowitowi, nie miał żadnych oporów, by po drodze w innych sanktuariach również złożyć hołd miejscowym bóstwom i z pewnością nie upierał się, że tylko jego bóg jest „prawdziwy”, jak czynili to chrześcijanie.

Imiona czy różnice w lokalnych obrzędach były więc z takiego punktu widzenia sprawą drugorzędną i mało istotną. Świętowit, Radegast, Perun (vel Piorun, jak się upierają niektórzy polscy doktrynerzy) czy Swaróg mogły być awatarami tej samej kosmicznej energii. Pozorny pluralizm oznaczał w istocie „jedność w wielości”. To tak, jakby w Imperium Rzymskim kapłani spierali się, kto ważniejszy: Zeus czy Jowisz. Nie czynili tego, gdyż doskonale zdawali sobie sprawę, że chodzi o tego samego boga. Tak więc współcześnie największe niebezpieczeństwo jest w nas samych, w naszych umysłach. Niebezpieczna jest także pokusa nacjonalizmu, kulturowego izolacjonizmu, prowadząca do zamknięcia się na resztę świata i kurczowego trzymania się swego zaściankowego opłotka. Prawdziwy patriotyzm nie polega na nienawiści do cudzej kultury, tylko na miłości do własnej. Jeśli zaś chodzi o niebezpieczeństwa ze strony wyznawców dominującego u nas  Kościoła… na internetowej stronie poświęconej mojej powieści dostrzegam całą paletę zachowań od wyśmiewania i lekceważenia do agresywnych ataków, pełnych bigoterii i bezmyślnej furii. Niektóre nerwowe reakcje świadczą wymownie, iż dostrzeżono problem, że część społeczeństwa, wracając do „pogańskich” korzeni wymyka się Kościołowi z rąk, a tym samym umniejsza jego rząd dusz i gigantyczne dochody.

Jak wyobraża Pan sobie nasze społeczeństwo gdyby rodzima kultura była dziś tą dominującą? Jak Pan widzi kwestie dotyczące pozycji kobiety, systemu ekonomicznego, organizacji politycznej, życia codziennego?

Słowianie dalecy byli od tego, by prześladować kogokolwiek z powodu różnic religijnych

Od dawna tłumaczę, że sprawa nie w tym, przed czyim posągiem się kłaniasz i palisz kadzidło. To kwestia odmiennego światopoglądu, postawy wobec życia. Postaram się to dalej uściślić. Z pewnością Słowianie dalecy byli od tego, by prześladować kogokolwiek z powodu różnic religijnych. Byli w tych sprawach otwarci, tolerancyjni. To istotna tradycja, do której należy nawiązać. Nie lubowali się w okrutnych kaźniach, najgorszą karą dla złoczyńcy, który łamał miejscowe prawo, było, jak się zdaje, wygnanie, pozbawienie oparcia rodu i plemienia. Ktoś taki znajdował się poza nawiasem społeczeństwa, zostawał wyrzutkiem, banitą. Jego miejscem stawał się las lub zbójecki gościniec. Kobiety „wiedzące”, a zatem wiedźmy, wróżki i wieszczki głoszące wolę bogów były szanowane, poważane i zostawały zazwyczaj kapłankami Mokoszy lub innego żeńskiego bóstwa. Ich pozycja społeczna była bardzo wysoka. Naturalnie (z wyjątkiem dziewic strzegących czasowo, do chwili zaślubin, świętego ognia) nie musiały żyć w celibacie i nie przypominały zakonnic, jak przedstawiali to dawniejsi pisarze katoliccy (choćby Kraszewski w „Starej baśni”). W ogóle do momentu zamążpójścia dziewczęta cieszyły się dość dużą swobodą, nie uważano bowiem seksu za „grzech”, choć oczywiście niewierność małżeńska była już piętnowana. Wola plemienia wyrażała się głównie poprzez uchwały wiecu, a więc instytucji jak najbardziej demokratycznej. Książęta byli pierwotnie wodzami, wybieranymi podczas zawieruchy wojennej, ich pozycja wzmocniła się i ustaliła wraz z postępującym przejmowaniem wzorców feudalnych, był to jednak powolny proces. A zatem takie wartości jak tolerancja, humanitaryzm, demokracja, swoboda obyczajowa i wolność kobiet nie powinny być obce rodzimowiercom. Współczesna kultura uniwersalna, masowa jak najbardziej im sprzyja..

Dlaczego w szkołach uczy się tak mało na temat naszej historii przed 966 rokiem?

Jak już wspomniałem, nasza edukacja (znajdująca się do XVIII w. niemal wyłącznie w rękach kleru katolickiego) była programowo nastawiona na wyparcie, wymazanie z powszechnej świadomości rodzimych korzeni. Wmawiano nam i wmawia do tej pory, że historia Polski zaczęła się wraz z przyjęciem chrztu przez Mieszka, a czasy wcześniejsze traktowano jako okres wstydliwy, zamknięty, w którym nie działo się nic ciekawego, „był chaos, czerń i pustka, mrok, który rozjaśnił nam dopiero rzymski krzyż”, jak ironizował w swoim czasie Andrzej Sapkowski. Taki obraz kreowała też, mniej lub bardziej świadomie nasza literatura. Dodatkowym powodem jest brak wiarygodnych źródeł pisanych z czasów przedchrześcijańskich. Jeśli nawet takowe istniały, uległy zniszczeniu podczas tzw. „reakcji pogańskiej”, a raczej hekatomby, jaką zgotował zbuntowanym „poganom” Kazimierz tzw. Odnowiciel. W dużym więc stopniu skazani jesteśmy na domysły, hipotezy oparte na wątłych danych, które uzupełnia w pewnym stopniu dzisiejsza archeologia..

Czy jest Pan rodzimowiercą? Co to znaczy wierzyć w bogów dzisiaj? Dlaczego tak mało wiemy dziś o Reakcji Pogańskiej?

Powiedziałem już, że kwestie kultowe, obrzędowe, są rzeczą według mnie drugorzędną. Szanuję i doceniam ludzi działających w grupach rekonstrukcyjnych, odtwarzających pradawne zwyczaje, sądzę jednak, że podejście do tych spraw na zasadzie przebrania się w „prasłowiański” kostium i uczestniczenie w zrekonstruowanych dość dowolnie rytuałach jest nieco powierzchowne. W pewnym stopniu sami tworzymy sobie skansen, w którym się zamykamy przed światem. Przywiązanie do tradycji jest ważne, ale przy świadomości przyjęcia wszystkich konsekwencji. Wielobóstwo oznacza przede wszystkim otwartość, tolerancję religijną, poszanowanie dla cudzych wierzeń, z wyjątkiem narzucających się przemocą monoteizmów, jak katolicyzm lub islam. Wiąże się z tym także odrzucenie dualizmu absolutnego Dobra i Zła, ponieważ nasi bogowie, jako uosobienie sił natury, nie reprezentowali takich absolutów. Oznacza odrzucenie pojęcia seksu jako „nieczystości” i grzechu, jakie narzuciło nam chrześcijaństwo. Naturalnie nie oznacza też całkowitej swobody i anarchii, przed którą wystarczająco chroniły ludzi odwieczne prawa plemienne. Słowianie, jak inne ludy, nie potrzebowali hebrajskiego Dekalogu, by uważać kradzież, morderstwo czy cudzołóstwo za zły uczynek. Chrześcijanie nie mają więc monopolu na moralność, bo nie oni ją stworzyli, choć z uporem tak twierdzą. Odmienny jest także stosunek do magii, którą w uzasadnionych przypadkach można uznać za dobrą i pożyteczną. Wszystkie zresztą obrzędy religijne mające na celu przebłaganie lub proszenie o coś bóstwa, wywodzą się z pierwotnej magii i zawsze są rodzajem czarownictwa. Nic w każdym razie nie przeszkadza dzisiejszemu Polakowi być jednocześnie rodzimowiercą, a zarazem człowiekiem na wskroś nowoczesnym, tym bardziej, że współczesny wolny świat, wielokulturowy i wieloreligijny jak najbardziej temu sprzyja.

W książce „Słowo i Miecz” „nawiązuje” Pan do boga noszącego imię Czarnobog. Kim on jest? Jakie są jego przymioty? Co powinniśmy o nim wiedzieć?

W światopoglądzie „pogańskim” mroczne bóstwa, reprezentujące siły chaosu, zniszczenia i śmierci były postrzegane jako istoty równorzędne i czczono je tak samo jak „jasnych” bogów.

Czarnobóg jest w micie prasłowiańskim o stworzeniu świata antagonistą Białoboga, a zarazem współtwórcą, jego zwierciadlanym, bliźniaczym odbiciem i dopełnieniem. Byłoby jednak błędem utożsamianie go z chrześcijańskim Szatanem, wcieleniem absolutnego Zła. W światopoglądzie „pogańskim” mroczne bóstwa, reprezentujące siły chaosu, zniszczenia i śmierci były postrzegane jako istoty równorzędne i czczono je tak samo jak „jasnych” bogów. Były koniecznym elementem, współtworzącym Wszechświat jako całość. Należało je obłaskawiać i składać ofiary, by zapewnić sobie przychylność. Echo takiej postawy znajdujemy w popularnym powiedzonku: „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. Osobnym zagadnieniem jest podobieństwo mitu o uwięzionym w podziemiach Czarnobogu do opowieści o skutym Loki, a nawet apokaliptycznym Antychryście. To już jednak temat na osobną rozprawę.

Bohaterowie Pana powieści walczą by obronić słowiański świat przed najazdem z zachodu. Tymczasem nas przez cały czas przekonuje się, że jesteśmy częścią Zachodu, że ze wschodem i resztą narodów słowiańskich nie mamy wiele wspólnego itp. Jak pan na to patrzy? W którym kierunku, my zwykli ludzie, powinniśmy się zwracać? Nawet Pana powieść nazywana bywa „słowiańską grą o tron”!

Jesteśmy wciąż bałwochwalczo zapatrzeni w Zachód i bezmyślnie go naśladujemy – Witold Jabłoński

Ten slogan stworzył wydawca w celach reklamowych. Jak się okazało, pomysł był trafiony od strony komercyjnej. Pisarz też człowiek i jego książka musi się sprzedać, by z tego żył. Nie ma niczego złego w czerpaniu z cudzych źródeł, jeśli wzbogaca to nas kulturowo i zwiększa wiedzę o świecie. Nieszczęściem jest dopiero całkowite przyjęcie obcej kultury przy jednoczesnym wyparciu się własnej. Tak właśnie stało się w naszym przypadku. W toku wielowiekowej indoktrynacji wytworzono w nas monstrualny kompleks, przekonanie, że trzeba się wstydzić rodzimych tradycji i obyczajów. Jesteśmy wciąż bałwochwalczo zapatrzeni w Zachód i bezmyślnie go naśladujemy. W szkołach uczymy się o grecko-rzymskiej mitologii i jest to w zasadzie słuszne, ponieważ bez niej nie sposób zrozumieć wielu dzieł ogólnoeuropejskiej kultury. Zazwyczaj niewiele się jednak mówi o mitologii słowiańskiej albo całkiem się ją pomija. Przyczyną jest nie tylko niewiedza nauczycieli, lecz także opisane wcześniej programowe wyparcie. Komuś najwidoczniej bardzo zależało byśmy nic nie wiedzieli o naszych korzeniach. I zależy do dzisiaj.

Główną bohaterką „Słowa i Miecza” jest Żywia, dziewczyna, która doświadcza strasznej krzywdy ze strony chrześcijan i poprzysięga im zemstę. Co było inspiracją dla powstanie tej postaci?

Żywia jest osobą inteligentną i dobrze poznaje wroga zanim podejmuje z nim bezwzględną walkę.

Nie tylko zostaje skrzywdzona, ale też obarczona winą przez chrześcijan. Poprzez historię Żywii chciałem pokazać, jak w słowiański świat wkroczyła brutalnie obca doktryna, propagująca przekonanie o „nieczystości” i „niższości” kobiet. Żywia jest osobą inteligentną i dobrze poznaje wroga zanim podejmuje z nim bezwzględną walkę. Zarazem jako „poganka” nie uznaje przebaczenia, kieruje się chęcią zemsty, pragnieniem odpłacenia za swoje krzywdy. Nie nadstawia drugiego policzka. Miłosierdzie to dla niej obce pojęcie, kłamliwe, skoro widzi, jak chrześcijanie okrutnie rozprawiają się z pokonanymi. Zwykle powieści fantasy ukazują męski świat, głównymi bohaterami są najczęściej prostoduszni wojownicy lub przebiegli magowie, a postaci kobiece sprowadzone są do roli służebnej lub epizodycznej. Wystarczy spojrzeć pod tym kątem chociażby na świat Tolkiena. Schemat ten przełamała z dużym powodzeniem Marion Zimmer-Bradley w „Mgłach Avalonu” i nie ukrywam, że była dla mnie sporą inspiracją. Wydało mi się ciekawe pokazanie kobiety wyzwolonej, świadomej swych pragnień i celów, działającej poza katolickimi normami dobra i zła. Uznałem, że nasz świat „pogański” stwarza taką możliwość i jak widać spotkało się to z dobrym przyjęciem i zrozumieniem wśród większości czytelników.

Duża część akcji rozgrywa się w trakcie buntu Miecława – co to właściwie jest reakcja pogańska? Czy to wydarzenie lub raczej pasmo zdarzeń, ma jakiekolwiek znaczenie dla naszej historii?

Dawne wierzenia, obrzędy przetrwały jednak w umysłach i sercach ocalałych.

Wydarzenie to było celowo marginalizowane i lekceważone, ponieważ starano się zaszczepić pogląd, że w momencie tzw. „chrztu Polski” (966) wszyscy Polanie dobrowolnie stali się z dnia na dzień gorliwymi katolikami, choć absurdalność takiego założenia bije po prostu w oczy. Opowiadano więc społeczeństwu wierutne bujdy, jak to poczciwi Słowianie sami garnęli się do nowej wiary i rzekomo „bezproblemowo” odrzucili wiarę ojców… Wystarczy jednak przyjrzeć się faktom, by stwierdzić, że kilkadziesiąt lat później nastąpił powszechny bunt przeciwko narzucanej odgórnie ideologii i kościelnemu wyzyskowi (dziesięcina), przedstawicieli panującej dynastii wygnano, zabijano znienawidzonych misjonarzy i palono kościoły, nastąpiła secesja Mazowsza pod wodzą plemiennego księcia Miecława. Faktycznie, „bezproblemowo”! Ze zrozumiałych względów starano się sprawę zbagatelizować, podobnie jak fakt, że „pogański” bunt Kazimierz utopił w morzu ognia i krwi, dokonując ostatecznego aktu zniszczenia. Dawne wierzenia, obrzędy przetrwały jednak w umysłach i sercach ocalałych. Choć zniekształcone katolickimi naleciałościami pozostały przecież w ten czy inny sposób do dziś.

W swojej książce pokazuje Pan nieufność a nawet wrogość wielu książąt względem Piastów. Czy to prawda?

Poszedłem jedynie tropem wyznaczonym przez wybitnych mediewistów – Witold Jabłoński.

Chodzi o „poronionych książąt”, o których wspomina Gall. Moim zdaniem byli to szczepowi dawni władcy ziem Wiślan, Ślężan, Mazowszan, przyłączanych siłą do państwa Polan. Z pewnością, jeśli przeżyli inwazję i przymusową inkorporację, zamienieni w zhołdowanych namiestników lub wojewodów, nie pałali szczególną miłością do rodu Piastów, w których widzieli nie „budowniczych państwa polskiego” (bo o Polsce w naszym dzisiejszym rozumieniu nikt wtedy nie myślał), lecz tyranów i agresorów. To oni w mojej opinii wywołali kryzys dopiero co skleconego państwa i spowodowali klęskę Mieszka II, niefortunny epizod z Bezprymem, ucieczkę Rychezy z młodym Kazimierzem do Niemiec. Jednym z nich był właśnie Miecław, wywodzący się z mazowszańskich władyków. Sugerowali to prof. Stanisław Zakrzewski w biografii Bolesława Chrobrego i Gerard Labuda w książce o Mieszku II. Poszedłem jedynie tropem wyznaczonym przez wybitnych mediewistów.

Co chciał Pan przekazać pisząc „Słowo i Miecz”?

Powieść narodziła się z buntu przeciwko bogoojczyźnianej, cukierkowej i upiększonej wizji naszej historii. W dawnych powieściach historycznych jak ktoś gwałcił i mordował to oczywiście Niemcy. My nigdy. Ze sprzeciwu „jedynie słusznej” tezie, iż chrzest był konieczny, by przetrwać (Litwini pozostali w rodzimej wierze jeszcze 200 lat i jakoś przetrwali – nie tylko stworzyli silne państwo, ale jeszcze podbili pół Rusi i dlatego opłacało się Polakom wejść z nimi w Unię). Nawet współcześni autorzy opisujący tamte czasy, jak Bunsch, Gołubiew, Parnicki nie potrafili rzetelnie ukazać racji pokonanych „pogan”, nie umieli albo nie chcieli wydobyć się z ciasnych ram katolickiego światopoglądu. Ukazywali naszą historię z punktu widzenia zwycięzców, traktując „reakcjonistów” z nonszalancką pogardą jako nierozsądnych wsteczników, z góry skazanych na klęskę i akceptując tym samym wszelkie okrucieństwa popełniane w imię „religii miłości i pokoju”. Postanowiłem spojrzeć na ten dziejowy przełom oczami „pogan”, by ukazać, że nie wszystko w naszych dziejach było tak jednoznaczne, jak się nam opowiada i zwycięzca nie zawsze ma słuszność.

Rozmawiał Jakub Napoleon Gajdziński.

Niesamowita słowiańszczyzna wymaga dobrej oprawy, dlatego o grafiki poprosiliśmy autorkę ze strony: http://martaemilia.deviantart.com/

Przeczytaj także recenzję „Słowo i Miecz” autorstwa Ratomira Wilkowskiego


Ratomira Wilkowskiego

Jego ostatnia powieść, „Słowo i Miecz” zalicza się do najlepszych pozycji na rynku!

Witold Jabłoński: Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim, sekretarz Jerzego Andrzejewskiego, w latach 1995–1997 dziennikarz i recenzent teatralny Gazety Wyborczej oraz publicysta dodatku kulturalnego „Verte”. Od 1998 dyrektor Wydziału Kultury i Sztuki w łódzkim urzędzie miejskim, od 1999 do 2003 dyrektor Śródmiejskiego Forum Kultury, zwolniony z tej posady przez ekipę prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. Zdaniem pisarza, jest to wynik oskarżeń o antykościelność powieści Uczeń czarnoksiężnika. Z drugiej strony rzecznik prezydenta Łodzi twierdzi, stało się tak ponieważ dom kultury nie przynosił spodziewanych dochodów.

Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich od 1996 roku.

Laureat nagrody Towarzystwa Kultury Teatralnej za osiągnięcia w dziedzinie prasa popularyzatorem teatru. Powieść Fryne hetera była nominowana do Nagrody im. Jerzego Żuławskiego.


Źródło artykułu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s