Kilka słów o tym jak Lehici wycięli 20,000 Rzymian-Romajów

Romaje-Rzymianie.jpg


Niemcy są mistrzem w fałszowaniu historii, w tym w przypisywaniu sobie wielu sukcesów których zwyczajnie nie osiągnęli. Z Watykanem grają od setek lat w jednej drużynie i zapomnieli już że w dawnych czasach byli Słowianami bo posługiwali się tym samym słowem co my Słowianie zza Odry i wyznawali ten sam kult solarny.

Po prostu Germanie inaczej nazywali swoich pogańskich Bogów, widzieli w Swarożycu i jego różnych aspektach Thora i Odyna, zaś Słowianie w Odynie i Thorze widzieli Swarożyca.

Dziś o Bitwie w Lesie Teutoburskim która miała miejsce między 8 a 11 września  9 roku n.e. Lasem Teutoburskim nazywa się wąskie pasmo niskich gór (najwyższy szczyt Velmerstot ma 468 m n.p.m.) na pograniczu dzisiejszej Dolnej Saksonii i Nadrenii Północnej-Westfalii. To 100-kilometrowe pasmo leżące między rzekami Ems i Wezerą dzieli dolina z miastem Bielefeld.

Przed 2 tys. lat był to rejon wyjątkowo – nawet jak na tamte czasy – dziki, porośnięty nieprzebytą knieją, przerywaną obszarami bagien i wąskimi duktami. Rzymianie weszli w Las Teutoburski z powodu rzadko spotykanej wśród ich elit łatwowierności, a mówiąc wprost – głupoty swego wodza, Publiusza Kwintyliusza Warusa.




Napisałem Lehia umownie, po prostu Germanie to Słowianie, i przez samo h, bo dwuznak „ch” przyszedł z Rzymu i z łaciny. Ta federacja plemion starożytnej Germanii = Lehii zmasakrowała Rzym gdy Jezu Kryst miał rzekomo 9 lat. Ta Lehia to Germania Tacyta.

Ta federacja jednoczyła się w wypadku wyjątkowego zagrożenia z zewnątrz, a Rzym był takim zagrożeniem, i uzbroiła 25 – tysięczne wojsko Słowian mieszkających na terenie Germanii- tak mówili na nasze ziemie Rzymianie i na ziemie obecnych obywateli Niemiec,

Germania to były tereny na wschód od Renu a wschodnich jej granic Rzymianie nigdy nie określali jakoś szczegółowo ale można przyjąć że spokojnie do Wisły.
Mapa :



Między Wisłą a Odrą minimum od III wieku p.n.e a są przesłanki że od co najmniej 1000 p.n.e mieszkali Vandalowie, zwani też Wenedami, był to lud autochtoniczny, nie przyszedł z żadnej Skandynawii i niezwykle istotny w historii Europy.

Prof. Andrzej Kokowski, archeolog z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w swoich badaniach udowodnił, że znaleziska z obszaru północnej Polski są starsze co najmniej o kilka pokoleń od tych z Danii i Szwecji. Świadczy to o tym że to ziemie między Odrą a Wisłą są kolebką Vandalów. Szwedzi i Duńczycy muszą lepiej pokopać, póki co teza o skandynawskim pochodzeniu Vandalów to bujda wyssana z palca.

Vandale czyli starożytni Słowianie stworzyli monumentalne, największe w  świecie „barbarzyńskim” zagłębia hutnicze i  zbrojeniowe. Jedno z  nich znajdowało się na Mazowszu, między Milanówkiem a  Pruszkowem, drugie w  Górach Świętokrzyskich, a  trzecie na Śląsku Opolskim.

Badania archeologiczne sugerują, że Vandalowie zamieszkiwali przez pewien okres ziemie Wielkopolski, Kujaw, Dolnego Śląska, Górnego Śląska, Małopolski, Świętokrzyskiego i  Mazowsza i  byli ludem odpowiadającym tak zwanej kulturze przeworskiej.

Stanowili istotny komponent wieloetnicznego Związku Lugijskiego. Z badań genetycznych wiemy, że ludność zamieszkała na obszarze Kultury Przeworskiej w  czasach epoki Rzymskiej (II wiek p.n.e do IV wieku n.e.) miała genotyp identyczny lub bardzo podobny do współczesnej populacji ludności Polski. Jest to dowód na to, że Vandalowie byli Słowianami i naszymi bezpośrednimi przodkami.



Gdyby ktoś miał słaby wzrok to tu jest link do mapy i dobre powiększenie :
http://www.emersonkent.com/map_archive/rome_expansion_264_180.htm

Z mapy wynika że Vandale mieszkali wzdłuż Wisły, między nią a Odrą, Silingae czyli też Vandale też są tam gdzie powinni być czyli wchodzą na Ślężę – ich świętą górę i chyba nadszedł czas na rytuały związane z kultem solarnym.
Opisywałem ten temat w poprzednim poście :
http://realtruthers.blogspot.com/2018/03/sleza-swieta-gora-vandali-i-kolejny.html?spref=gp

W kulturze masowej utarł się stereotyp że Rzym to był spokojny lud, debatujący nad zmianami w prawie senatorzy a „barbarzyńcy” to była dzicz która mordowała bez opamiętania i ten stereotyp trwa do dziś.

Nic bardziej błędnego. Rzym nie dał kulturze nawet 1/10 części tego, co w o wiele krótszym czasie dała Grecja. Republika rzymska wchłonęła kulturę grecką niewiele ją rozwijając, była formą greckiej dekadencji, której główna para poszła w rozwój militarny i politykę imperialną.

Rzym nie tylko zniszczył kulturę etruską, ale stał się pierwszym wielkim ludobójcą, doprowadzając do barbarzyńskich czystek etnicznych ponad miliona ludności celtyckiej, która traktowana jako barbarzyńska była nośnikiem wyższej kultury aniżeli rzymska: wyższej gospodarczo i etycznie, choć ustępującej Rzymowi militarnie.

W istocie kultura rzymska okazała się jedną z najgorszych form barbarzyństwa antycznego.

Po Grekach główną siłą cywilizacyjną Europy stali się Celtowie-KIełtowie, którzy choć byli mocno zróżnicowani geograficznie, jednak w przeciwieństwie do Rzymu i jego podbojów, Celtowie stali się jedną najbardziej pokojowych form migracji, która prawie wszędzie, gdzie się pojawiła, przynosiła wiedzę specjalistyczną z zakresu górnictwa, metalurgii, rzemiosł wszelakich, ożywiali też wymianę handlową.

Przełomowy wpływ owi indoeuropejscy wąsacze wywarli także na ziemiach polskich. Była to siła twórcza w przeciwieństwie do wybitnie pasożytniczej i rozbójniczej siły rzymskiej. W rzeczywistości Rzym był kulturowym trupem, który opierał się na jednej z najbardziej zacofanych wówczas form gospodarczych (olbrzymie niewolnictwo, rozwój przez podbój nowych ziem, brak modernizacji gospodarczej). O ile republika była głównie dekadencka i jałowa, o tyle okres cesarski stał się nowotworem politycznym.

Państwo najlepiej radziło sobie z rozgrywaniem wojen, było jednak nieudolne do typowych spraw państwowych. Imperium stało się zakładnikiem przerośniętej armii, która wypychała do władzy najwyższej zbrodniarzy lub psychopatów. Symbolem karykatury republiki stało się mianowanie przez cesarza Kaligulę swego konia godnością senatora.

Największą innowacją kulturową Rzymu stało się wynalezienie nietolerancji religijnej, co było niespotykane w państwach politeistycznych, co więcej przybrała ona formę najbardziej barbarzyńskich mordów na arenach jako rozrywki dla gawiedzi.

O ile antyczna Grecja tworzyła wyrafinowane systemy religijne i mitologiczne, takie jak ubóstwienie działalności naukowej, o tyle Rzym wprowadził kult religijny cesarzy. Tak wygląda kres republiki zdominowanej przez zdemoralizowane lobby wojskowe. Rzym nie upadł, lecz został w zasadzie rozmontowany.

Wygenerował wielką armię i był niepokonany w otwartej walce. By uzasadnić swą militarną politykę, wytworzono mit najazdu barbarzyńców, podczas kiedy to system gospodarczy Rzymu wpisaną miał w swoją istotę ekspansję ekstensywną i podbój coraz to nowych ziem.

Z jednej strony bezczynna armia ulega galopującej demoralizacji i staje się źródłem zamętu politycznego, z drugiej zaś ekspansja służyła pozyskiwaniu nowych zasobów, surowców, niewolników, poddanych.

Sąsiedzi Rzymu mogli czekać na podbój, groźbę zagłady własnej kultury oraz drenaż ekonomiczny lub mogli z wyprzedzeniem osłabiać Rzym w nadziei na spowolnienie lub zahamowanie nowych podbojów.

Najazdy sąsiadów były w większym stopniu operacją psychologiczną niż militarną. Jednocześnie coraz więcej obcych ludów przenikało w szeregi armii rzymskiej (m.in. Sarmaci).

Jednocześnie stworzono religię, która sukcesywnie podbiła większość społeczeństwa. Chrześcijaństwo było tyleż projektem religijnym, co formą ekspresji tłumionej kontestacji politycznej. Chrześcijaństwo było pierwszym otwarcie anty-systemowym projektem w Cesarstwie.

Wobec imperium podjęło dwie fundamentalne kwestie: nawoływanie do radykalnego pacyfizmu przeciwko oficjalnemu kultowi wojny i podbojów, a także krytykę kultu cesarskiego poprzez propagowanie zasady rozdzielenia spraw cesarskich od boskich.

Obie te kwestie trafiły na bardzo podatny grunt społeczny. Jednym ze skutków ekspansji chrześcijaństwa stało się rosnące otwarcie armii na cudzoziemców. Doszło do tego, że stali się kluczowym elementem systemu obrony Rzymu. I jego piętą Achillesa.

Ale wróćmy już do wydarzeń bezpośrednio związanych z tematem. W roku 12 p.n.e. Ren był granicą między Imperium Rzymskim a germańskimi ziemiami plemiennymi.

Cesarz Oktawian August zdecydował się chronić odsłoniętą wschodnią flankę imperium w Galii.

Germanie mieli zostać zmuszeni do uległości. Niektóre plemiona walczyły, inne – jak Cheruskowie (WP: inna nazwa Chytruskowie) – stały się sojusznikami Rzymu. Plemię to żyło pod władzą rzymską nad brzegami rzeki Wezery. Cheruskim wodzem był Segimerus, należący do arystokracji plemiennej. Zdecydowanie sprzeciwiał się sojuszowi z rzymskim okupantem. Starszyzna była innego zdania, co sprawiło, że za swojego wodza obrała Segestesa, zwolennika pokoju z Rzymem. Segimerus zmuszony został do uznania nowego przywódcy i jego decyzji. Wiązało się to przymusem wypełnienia warunków przymierza z Imperium. Jego synowie musieli zostać oddani okupantowi, jako zakładnicy i gwarancja pokoju. Segestes osobiście zjawił się w domu Segimerusa, by dopilnować przekazania chłopców. Starszyzna uznała, że to poświęcenie jest konieczne dla dobra ich plemienia.

Nikt w Rzymie nie przypuszczał wtedy, że imię Arminius stanie się dla Imperium przekleństwem, a dla Sławian z Germanii – legendą…

Arminius urodził się prawdopodobnie w roku 16 p.n.e. Od najmłodszych lat wiedział, że jego szlacheckie pochodzenia zobowiąże go w przyszłości do rządzenia.
Raczej nigdy nie strudził się pracą w polu. Dzieciństwo upłynęło mu na zabawach z rówieśnikami, łowach i rywalizacji z innymi chłopcami w sztuce posługiwania się bronią. Inteligentny i silny młodzian szybko dostał oznaki dojrzałości – frameę (włócznię) i tarczę. Mógł też uczestniczyć w naradach dorosłych. A było czego słuchać, gdyż od jego urodzenia głównym tematem narad wojennych była walka z Rzymianami. Po przybyciu do Rzymu Arminius odbył rzymskie przeszkolenie wojskowe, po czym zaczął służyć w rzymskiej armii.

Brał udział między innymi w stłumieniu powstanie w prowincji Panonia (łac. Pannonia – obszar obecnych Węgier, Austrii i części Bałkanów) jako kapitan oddziału germańskich jeźdźców. Za swoje zasługi otrzymał rzymskie obywatelstwo. Młody szlachcic z plemienia Cherusków stał się częścią olbrzymiej machiny wojennej Imperium Rzymskiego.

Pisano o nim, że był „niezwykle dzielny i zdolny, jak na Germanina Cesarz Oktawian August mianował Warusa w 7 r. n.e. namiestnikiem Rzymu w części Germanii, czyli prowincji zdobytej i utworzonej stosunkowo niedawno podczas wypraw Druzusa, Germanika i Tyberiusza, a sięgającej po Łabę i Las Czeski.Kilkanaście lat wcześniej Warus był już namiestnikiem – najpierw w prowincji Afryka (dzisiejsza Tunezja i część Libii), potem w Syrii.

Rzymski historyk Wellejusz Paterkulus napisał o nim: „Odznaczał się łagodnym charakterem i spokojnym usposobieniem. Ciężkawy nieco zarówno w ruchach, jak i w myśli, był przyzwyczajony bardziej do bezczynnego życia obozowego niż wojennej służby. Pieniędzmi nie pogardzał. Świadczy o tym Syria, której był swojego czasu namiestnikiem. Wkraczał biedny do bogatej, bogaty biedną opuszczał”.

Karierę zawdzięczał małżeństwu, dzięki któremu znalazł się w licznej rodzinie cesarza. W drugim roku swoich rządów Warus postanowił zbudować stolicę prowincji. Mieściła się ona prawdopodobnie w obozie Aliso.

Początkowo archeolodzy sądzili, że obóz ten znajdował się blisko źródeł rzeki Lippe, około 130 km od Renu. Dzisiaj historycy uważają, że miejsce to znajdowało się tuż nad rzeką, znacznie bliżej Renu, w Oberaden lub Haltern. Po ostatnich odkryciach archeologicznych uważa się, że główna siedziba Rzymian mieściła się prawdopodobnie w Haltern.

Służbę w Germanii, na mroźnej północy, większość żołnierzy traktowała jako karę. Byli przerażeni, nigdy nie widzieli tak gęstych i ciemnych puszczy. Po kilku wiekach rozbudowy miast Italia została niemal pozbawiona lasów. Wszechobecna mgła i dziwne, skrzypiące odgłosy, dochodzące ze starych, wyginających się na wietrze drzew, napawały ich prawdziwą trwogą. Żołnierze stacjonujący w tej części Europy, na każdym kroku czuli, że są tam obcy. Puszcze Północy dla cywilizowanego Europejczyka były jądrem ciemności i strachu.

Juliusz Cezar tak pisał o tych terenach: „Nawet gdyby maszerować przez sześćdziesiąt dni, nie udało by się dotrzeć do krańców tego lasu. Nikt nie wie, gdzie on się kończy.”

Mimo to w I wieku p.n.e. Rzym był najpotężniejszym imperium, jakie widział świat. Jego armie opanowały Bliski Wschód, Afrykę, Hiszpanię i Galię. Chcąc rozszerzyć swoją władzę i wpływy, Rzymianie skierowali swoją uwagę na lasy położone na północ od Renu.

Były to tereny zdominowane przez niewielkie plemiona. Juliusz Cezar nazywał te ziemie Germanią. Mieszkało tutaj ponad 20 – 30 tysięcy barbarzyńskich wojowników, prowadzących między sobą niezliczone wojny plemienne. Od zawsze czynili oni wypady na rzymskie terytoria. Ich najważniejsza bronią była prosta włócznia, którą posługiwali się z zadziwiającą sprawnością.



Na zdjęciu strój rzymskiego centuriona


Legion liczył 10 kohort, co stanowiło 4800 ciężkozbrojnych żołnierzy, choć oczywiście liczba ta wcale nie musiała być stała. Żołnierze bywali na urlopach, chorowali, były też „naturalne” ubytki wojenne. Z drugiej strony bez specjalnych ograniczeń zwiększano liczebność legionu bez zwiększania liczby kohort, żeby nie komplikować dowodzenia. porządku marszowego i obozowego. Po prostu ponownie zaciągano osiedlonych w pobliżu weteranów. Dlatego legion mógł znacznie przekroczyć ów „regulaminowy” stan 4800 ludzi, a nadal pozostawał legionem.

Do legionu zaciągano tylko obywateli rzymskich. Według Wegecjusza, starano się, aby byli to ludzie sprawni fizycznie, bez widocznych wad postawy, raczej szczupli, młodzi i zdrowi. Zalecano, by zaciągać ludzi o wzroście jak najwyższym, najlepiej 6 stóp (około 180 cm). W praktyce tacy ludzie uchodzili wtedy za bardzo wysokich i trudno byłoby, zwłaszcza w Italii, znaleźć ich tylu, by w pełni obsadzić wszystkie legiony.

W rzeczywistości zaciągano też ludzi znacznie niższych, byle tylko byli silni. Wzrost większości żołnierzy nie przekraczał 170 cm. Natomiast do pierwszej kohorty przydzielano najwyższych dostępnych żołnierzy. Rzymianie lekceważąc mieszkańców Germanii, jakby byli podmiotami poddanymi woli rzymskiej, bardziej niż prowincjałowie w procesie formacji i romanizacji – nie zauważyli rosnącej urazy i krzywdy, którą powodowali i która była dookoła nich.

Powinni zwrócić większą uwagę na te problemy, zwłaszcza, że byli po niedawnym buncie ludów dalmacko-panońskich. Słowianie z Germanii tylko czekali tylko na odpowiedni moment, aby się zbuntować i otrząsnąć z ucisku rzymskiego najeźdźcy. Ten moment przyszedł we wrześniu 9 roku gdy Warus i jego 3 legiony plus środki pomocnicze i cywilne poszedł na północny zachód, powołując się na znaki tubylców, ponieważ Rzymianie nie znali regionu. Włoska mapa z 9 roku n.e, po prawej nad Odrą mamy oczywiście naszych Vandali.



O organizacji i uzbrojeniu Słowian nie można powiedzieć zbyt wiele. Nie pozostawili po sobie żadnych źródeł pisanych z tamtego okresu. Opierali się wyłącznie na tradycji ustnej, a taki rodzaj przekazywania informacji zbyt łatwo mieszał się z legendami i wyobraźnią tych, którzy ją przekazywali. Wysocy urzędnicy rzymscy na ogół byli chciwymi sybarytami, korzystającymi nagminnie z nepotyzmu, ale zarazem z żelazną konsekwencją strzegli interesów Rzymu.

Tymczasem Warus dał się zwieść sprytnemu Germaninowi – zresztą obywatelowi Rzymu i dowódcy miejscowych wojsk pomocniczych – który udając lojalność wobec rzymskich panów, zorganizował przeciw nim rozległy sojusz plemion słowiańskich i wreszcie wciągnął okupacyjne wojsko w śmiertelną pułapkę. Był nim Arminiusz, któremu w zawiązaniu anty-rzymskiego sojuszu plemion pomogło pochodzenie z wysokiego rodu plemienia Cherusków. Cheruskowie byli Słowianami jak cała Germania:
https://slowianiegenetykahaplogrupy.wordpress.com/2016/10/01/sekret-cheruskow/

Cytowany już historyk rzymski napisał, że był „dzielnym w boju, odznaczał się bystrym umysłem, inteligencją większą niż barbarzyńska i żarem ducha, przebijającym z twarzy i oczu (…). Trzeźwy obserwator, wiedział doskonale, że najłatwiej zaskoczyć człowieka, który niczego się nie obawia i że z reguły źródłem katastrofy jest poczucie bezpieczeństwa”. Arminiusz z pewnością był obdarzony umiejętnością trafnej oceny sytuacji i zdolnością przewidywania.

Znał siłę i sztukę wojenną Rzymian, wiedział, że ataki na ich ufortyfikowane obozy ani też bitwy w otwartym polu nie dają Słowianom szans powodzenia. Dlatego wywabił legiony rzymskie z fortyfikacji i skierował w dzikie ostępy prostym sposobem: wywołał powstanie plemienia mającego siedziby na ogólnie mówiąc-  północnym wschodzie. Legiony mogły tam dotrzeć właśnie przez Las Teutoburski. Na zdjęciu Las Teutoburski w mglisty i deszczowy dzień.



Wojownicy którzy wyrośli między Renem a Wisłą przewyższali Rzymian wzrostem. Często zdarzali się wojownicy o wzroście 190 – 200 cm. Po mistrzowsku opanowali jednak jedną brutalną i skuteczną broń – strach. Głównie atakowali po zmierzchu, a ich groźny wygląd miał na celu przestraszenie wroga. Malowali swoje twarze i ciała na czarno, podkradali się i uderzali pod osłoną nocy. Nieprzyjaciel niczego nie widział do chwili, gdy dostrzegał ich oczy. Potem przychodziła śmierć…

Rzymski namiestnik wyruszył przeciw powstańcom z obozu letniego nad Wezerą z całą siłą, jaką dysponował. Trzem legionom – XVII, XVIII i XIX – towarzyszyło sześć germańskich kohort piechoty wojsk pomocniczych oraz trzy oddziały jazdy.



Czyli około 15 tysięcy legionistów i 5 tysięcy żołnierzy służb pomocniczych. Legiony te nie miały jednak doświadczenia w walce ze słowiańskimi wojownikami na ich trudnym i niegościnnym terenie. Dla bezpieczeństwa zakazano Cheruskom noszenia mieczy. Bez broni w ręku Słowianie nie czuli wolności, jednak czasy się zmieniły i miejscowa ludność czuła się coraz bardziej bezsilna. W celu zademonstrowania potęgi, rzymskie legiony każdego lata maszerowały na wschód.

Z twierdz na Renem i Lippe przenosiły się nad Wezerę – ziemię Cherusków. Podróż przez niezbadane puszcze była śmiertelnie niebezpieczna. Nie istniały drogi, którymi można było przemieścić żołnierzy i zapasy, korzystano więc Lippe. Gdy rzeka zrobiła się zbyt wąska, oddziały zeszły na ląd. Jeźdźcy germańscy pełnili rolę zwiadowców i straży przedniej. Dowodził nimi Arminius. 20 tysięcy ludzi przedzierało się przez wąską równinę na długości 15 km.



Rzeka na ziemi Chetrusków


Po dotarciu do celu Warus postanowił narzucić barbarzyńcom prawo rzymskie. Gubernator zaczął rozkazywać mieszkańcom Germanii i traktować ich jak niewolników. Żądał danin, a poborcy podatkowi byli nieubłagani, wymuszając na Cheruskach dostaw konkretnych dóbr. Gdy zabrano im skromne zasoby pożywienia, ich niechęć do Rzymu przerodziła się w otwartą nienawiść.

Wprowadzone prawo rzymskie tylko pogorszyło sytuację. Idea wydania wyroku po zapoznaniu się z zeznaniami obu stron konfliktu, mocno godziła w germańskie poczucie sprawiedliwości, gdyż wydawanie wyroków w lokalnych sporach było do tej pory przywilejem plemiennej starszyzny. Tylko Bogowie mieli prawo decydować o życiu i śmierci wolnego Słowianina, tymczasem to własnie Warus za zwykłą kradzież skazywał Cherusków na ukrzyżowanie. Rzymianie ignorowali uświęcone germańskie tradycje i brutalnie tłumili wszelkie próby buntu. Przywódców zabijano, a ich wsie palono.



Wyżej – Arminius, dziś zawłaszczony przez Niemców ich narodowy bohater, pomnik 26 metrów wysokości, znajduje się w Detmold w regionie Westfalica. Siły, jakimi dysponowali Słowianie, nie są dokładnie znane. Paweł Rochała w książce „Las Teutoburski 9 rok n.e.” szacuje liczbę wojowników na 40 000. Łącznie w stronę Rzymian maszerowało od 45 000 do 65 000 słowiańskich wojowników.

Na pewno część oddziałów zgubiła drogę lub nie przybyła na czas w wyznaczone miejsca. Wojownicy słowiańskiej Germanii uzbrojeni byli głównie w framę, ponad 2-metrową włócznię o wąskim, krótkim grocie, dochodząca do 250 cm. Broń ta była bardzo skuteczna, można było nią zadawać ciosy kłute i rzucać jak oszczepem. Każdy wojownik posiadał kilka takich włóczni, a osłaniał się tarczą o kształcie owalnym lub kolistym, wykonaną z plecionki wierzby, wikliny lub jednej warstwy płaskich desek. Na tarczach często były namalowane słowiańskie Kolovraty.



Miecz występował u słowiańskich wojów z Germanii rzadko i był bronią luksusową.
8 września po kilku dniach marszu, oddziały Warusa dotarły do wzgórz Lasu Teutoburskiego. Były to ogromne tereny leśne, porośnięte głównie bukami, dębami i brzozami. Właśnie w tym miejscu przebiegała granica między ziemiami Marsów i Cherusków. Tutaj wojsko złożone z Germanów odłączyło się jednak od Rzymian pod pozorem połączenia z podobnymi oddziałami idącymi ich śladem. Dlaczego nawet ten podejrzany manewr nie zaniepokoił Warusa? Cóż, jak Bogowie chcą kogoś pokarać, to odbierają mu rozum… „Pomocnicy” połączyli się, owszem, ale z powstańcami, którzy przygotowywali już zasadzkę w Lesie Teutoburskim. Tak przynajmniej pisał Kasjusz Dion.



Niewiele tekstów źródłowych opisuje tragiczną dla Rzymian bitwę. Ze zrozumiałych powodów rzymscy kronikarze i historycy unikali opisywania szczegółów tej kompromitującej klęski. Na postawie kilku tekstów, które zachowały się do naszych czasów, można jednak ustalić hipotetyczny przebieg starcia. Noc poprzedzającą bitwę Rzymianie spędzili w obozie.

Gdy o świcie wyruszyli w dalszą drogę (prawdopodobnie na północ od współczesnego Osnabrück), ich kolumna rozciągnęła się na długości 5 km. Wtedy zaczął padać ulewny deszcz, który wąskie leśne ścieżki zamienił w błotniste kałuże, co znacznie utrudniło marsz. Znaczne zalesienie terenu sprawiło, że centurioni nie widzieli końca swoich centurii. Na ten moment czekali ukrycie za drzewami wojownicy.



Gdy Arminius wydał rozkaz do ataku, w jednej chwili ze zbocza po obu stronach drogi tysiące wrzeszczących wojowników zaskoczyło niespodziewające się niczego legiony. Wywiązał się zacięty bój, jednak doświadczenie Rzymian pomogło im w obronie.

Po uporządkowaniu szyku, odepchnęli barbarzyńców w las, robiąc jednocześnie miejsce dla jazdy, która mogła wesprzeć piechotę. Legionistom udało się uratować tabory pierwszych dwóch legionów. Wyczerpawszy zapas oszczepów Słowianie przystąpili do walki wręcz, ale nie w każdym miejscu bitwa miała taki sam charakter. Głównym zamierzeniem Arminiusa było odcięcie ostatniego legionu od sił głównych i jego eliminacja. To właśnie z tyłu rzymskiej kolumny toczyły się najcięższe walki.

Po opanowaniu chaosu powstałego po ataku, Warus postanowił przedrzeć się do przodu i na dogodnym miejscu założyć obóz. Powoli zapadał zmrok, pomógł on Rzymianom dokończyć budowę. Germanie wiedzieli, że jeszcze nie pokonali wroga, ale sami też byli zmęczeni. Walka ustawała. Ocalałe resztki trzeciego legionu i wojsk pomocniczych nadciągały do obozu jeszcze późną nocą.

Bilans walk pierwszego dnia był jednak dla Rzymian niekorzystny. Stracili około 5000 żołnierzy i 3000 cywilów. Wojska Germanii też poniosły duże straty, jednocześnie nie udało im się zniszczyć ostatniego legionu w kolumnie. Przewaga wciąż jednak była po ich stronie, zwłaszcza, że przechwycili ogromną ilość broni zabranej poległym okupantom.



Panorama Lasu Teutoburskiego na zdjęciu


Po naradach rzymskiego dowództwa, postanowiono kontynuować walkę na otwartym terenie w rejonie gór Wiehnu (w pobliżu współczesnego Osterkappeln). Warus zdecydował się na marsz w kierunku najbliższych, niezalesionych obszarów, czyli na północ, na tereny mieszkalne Cherusków, a następnie chciał dotrzeć do rzek Haase, a potem Ems.

Arminius przekonał wodzów, żeby pozwolili wyruszyć Rzymianom. Chciał poczekać na odpowiedni moment, gdy kolumna znów się rozciągnie i wtedy zaatakować. Tym razem Rzymianie byli ostrożniejsi, w każdej chwili wyczekując ataku. Słowianie zaatakowali ponownie na całej długości kolumny, mimo to Warusowi udało się przebić uporządkowanym szykiem na dolinę, prowadzącą na skraj lasu. Teren ten był jednak silnie obsadzony przez Słowian. Na przodzie rzymska straż usuwała zwalone przez wroga drzewa, jednocześnie odpierając ich ataki.

Germanie stosowali taktykę walki podjazdowej – szybki atak i odwrót. Nadciągał wieczór, ale walka nie ustawała.Dopiero niezwykle silna nawałnica zmusiła Słowian do zaprzestania ataków. Burza była tak silna, że Rzymianie nie byli w stanie usypać nawet prowizorycznych wałów wokół obozowiska. 10000 ocalałych z rzezi legionistów z niepokojem oczekiwało świtu.

O świcie trzeciego dnia sytuacja Rzymian stała się tragiczna. zmęczenie walkami było ogromne, a ulewa uniemożliwiła im spożycie ciepłych posiłków. Dodatkowo ich sprzęt był w opłakanym stanie – tarcze nasiąknięte wodą były znacznie cięższe, cięciwy łuków rozmiękły od wody, a sandały oblepione błotem bardzo utrudniały poruszanie się.

Arminius wiedział, że Rzymianie, choć wykrwawieni, nie są jeszcze pobici, więc za wszelką cenę postanowił nie wypuszczać ich na otwartą przestrzeń. Odkrycia archeologiczne w okolicach wzgórza Kalkriese (dzisiejszy Osnabrück) wskazują, że właśnie tam doszło do ostatecznej klęski armii Warusa. Wzgórze jest najbardziej na północ wysuniętym wzniesieniem Lasu Teutoburskiego, dalej rozciągają się ogromne bagna. Po kilku godzinach Rzymianie dotarli do wzgórza. Wydawało im się, że ich plan przebicia się sprawdził. Nic bardziej mylnego – barbarzyńcy celowo atakowali wroga z mniejszą siłą, pozwalając im dojść w wyznaczone miejsce. Plan Arminiusa był jasny: nie dać Rzymianom odpocząć, doprowadzić w miejsce zasadzki i tam wybić nieprzyjaciela. Na zdjęciu Kalkriese, miejsce ostatecznej bitwy



Gdy legiony doszły do usypanego z ziemi wału, na czoło kolumny uderzyła pierwsza grupa wojowników. Po odparciu ataku Rzymianie rozpoczęli szturmowanie wału, tym samym odsłaniając swoje flanki. Na to czekali Słowianie, którzy uderzyli drugi raz. Zaraz potem trzecia grupa wojowników zaatakowała tył legionów, zamykając ich w pierścieniu okrążenia. Jazda rzymska próbowała jeszcze wyrwać się z tego kotła, jednak jej większa część zginęła w czasie odwrotu.Piechota znalazła się w beznadziejnej sytuacji. Odciętych od szyku bojowego żołnierzy systematycznie zabijano. Coraz słabsze kontrataki Rzymian nie przynosiły zamierzonego skutku. Gdy Warus zdał sobie sprawę z nieuchronnej porażki, popełnił samobójstwo, aby nie dostać się w ręce barbarzyńskiego wroga.

W tym momencie całe dowództwo armii przestało istnieć. Żołnierze, którzy nie mieli już ochoty na walkę, próbowali przedostać się na północ i uciec przez bagna. Tam czekały na nich oddziały słowiańskiej Germanii, którzy dobijali uciekających Rzymian. Ci, którym zabrakło sił na kontynuowanie walki, popełniali samobójstwo. Kilkuset z nich dostało się do niewoli, a bitwa dobiegła końca.

Słowianie odnieśli całkowite zwycięstwo. Porażka była z pewnością druzgocąca. Zniszczono trzy całe legiony czyli 15000 rzymskich żołnierzy plus ich 5000 pomocników, a z masakry ocalało jedynie kilkunastu żołnierzy, którym udało się dostać do brzegów Renu. Wziętych do niewoli centurionów zabito. Łupy zdobyte przez germańskich wojowników były ogromne – uzbrojenie, wszystkie sztandary kohort i oddziałów jazdy oraz symbol pokonania rzymskich legionów – trzy orły…

Oprócz tego Germania wywalczyła sobie wolność. Cała administracja prowincji zostało zniszczona, a podbój Germanii zakończył się w tragiczny dla Rzymian sposób.

W kronice rzymskiej napisano: „Nie ma niczego bardziej brutalnego od klęski na bagnach i w lasach”

Cesarz Oktawian August bardzo przeżył klęskę swoich wojsk. Przez kilka miesięcy był tak zdruzgotany, że przestał golić brodę i włosy. Całymi dniami miał też uderzać głową o ścianę krzycząc: „Quinctili Vare, legiones redde!” („Kwinktyliuszu Warusie, oddaj legiony!”). Zakazał także odbudowy straconych legionów, żeby nie przypominały mu one o tej strasznej masakrze. Od tej pory żaden z rzymskich legionów nie nosił już nazw XVII, XVIII i XIX…numery te uznano za przynoszące pecha.

PS. Germanie i Słowianie to wtedy był ten sam lud, teraz się patrzy na haplogrupy, a 2000 lat temu nikt sobie głowy tym nie zawracał, a teraz mamy Słowianie R1a a Germanie R1b, plemiona Germanii, miały swój kult solarny i mówiły tym samym językiem słowiańskim. Haplogrupy wprowadziły zamęt tylko i nic więcej. W Wolinie w mieście bałtyckich piratów mieszkali zarówno Ranowie, Lechici jak i np. Sasi, mieszali się, nie było ani Polaków ani Niemców jeszcze. Pojęcie Haplogrupa powstała dopiero wraz z rozwojem genetyki, a skoro kronikarz Adam z Bremy mówi w XI wieku że cała Germania mówi w XI wieku po Słowiańsku i panują te same obyczaje to zarówno Vandale jak i Lechici, Ranowie, Wieleci to wszystko SŁAWIANIE OD SŁAWY KTÓRA ICH OTACZAŁA 🙂

Kamil Vandal Bernard
18.03.2018


http://wmrokuhistorii.blogspot.com/2014/10/masakra-w-lesie-teutoburskim.html

 https://dorzeczy.pl/historia/32440/Bitwa-w-Lesie-Teutoburskim-Zaglada-trzech-legionow.html

 https://it.wikipedia.org/wiki/Battaglia_della_foresta_di_Teutoburgo


Źródło oryginalnego artykułu

1 komentarz do “Kilka słów o tym jak Lehici wycięli 20,000 Rzymian-Romajów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s